czwartek, 19 grudnia 2013

zpt

Chodzimy z Anią na zajęcia do szkoły która duży nacisk kładzie na rękodzieło. Zajęcia wyglądają tak, że najpierw śpiewamy piosenki o raczku nieboraczku i koniku bujanym a później mamy (o ile pociechy im pozwolą) moga wykonywać samodzielnie zabawki dla dzieci. Taka terapia zajęciowa. Mi udało się na razie zrobić jedną dekorację świąteczną :)

Dobre słowo

Po dwóch tygodniach siarczystych mrozów i mojego kataru, w końcu odwilż. Koła wózka grzęzną w błocie pośniegowym. Dotarłam na rynek. Pod ratuszem, jak co roku, ślizkawka, tłum dzieciaków. Obok stało parę straganów ze stroikami i lokalnymi produktami. Była też Pani Czosnek ze swoim kramem. Przywitałyśmy się, ona do mnie: zmieniłaś się po porodzie, chyba się postarzałaś (!!!). A może po prostu jesteś niewyspana?

Parę miesięcy wcześniej, gdy stragany na rynku pojawiały się regularnie, a Ania miała kilka tygodni, zawsze witała mnie słowami: co to? jesteś w kolejnej ciąży? albo: wciąż masz brzuszek!

Kiedyś jej odpowiem. I to tak, że jej w pięty pójdzie. Muszę sobie tylko przygotować zawczasu jakąsś złośliwość. W przeciwnym wypadku zawsze mnie zatyka, chwila mija zanim do mnie dotrze, co właśnie powiedziała (ach ten azjatycki akcent!) i już jest po ptokach. Głupio się uśmiecham, kiwając głową i miło przytakuję.

środa, 18 grudnia 2013

O pochodzeniu imion. Dialog.

- ooo jaka śliczna! jak ma na imię twoja córka?
- preria róża (prairie rose)
- ?? to bardzo ciekawe imię, skąd taki pomysł?
- została poczęta w Albercie, no i rodzina męża pochodzi z Saskatchewan.


piątek, 29 listopada 2013

cisza...

Popołudnie. Cicho, mroźno, śnieznie, słonecznie. Ta dziwna chwila, gdy wróciłyśmy ze spaceru i Ania wciąż śpi. Nie wiem co ze sobą zrobić bo obiad ugotowany a sprzątać mi się nie chce. Hehe. Spacerowałyśmy nad rzeką. Krótko, bo jej delikatne policzki i nos szybko zrobiły się czerwone od mrozu. Cataraqui częściowo zamarznięte, niebo bezchmurne i dużo światła. To spora zmiana po miesiącu szaro-burym. Ładnie. Dobrze. Żima.

piątek, 22 listopada 2013

złość (aka wkurw)

- no ale gdybyś była avatarem, to co byś mi powiedziała?
- nic! wrzuciałabym cię do wielkiej dziury w ziemi!!!


poniedziałek, 18 listopada 2013

Powrót do... (siebie)


Zasnęła, po dwóch godzinach płaczu. Jemy pieczone kasztany. Udajemy, że jest jak dawniej, wiatr za oknem, wino, film. Ścisz trochę, za dużo wybuchów, obudzi się.

poniedziałek, 22 października 2012

piątek, 19 października 2012

tydzień

poniedziałek

zmywarka wciąż nie działa. czuję, że kawałek mojej duszy znów umarł. Umarł też komputer, z oprogramowaniem do rejestracji sprzedaży, podczas gdy robiłam bilans na koniec dnia.


wtorek

nienawidzę testów. wymyślaja je idioci od jedynie słusznych odpowiedzi. Skąd na Boga mam wiedzieć, co siedzi w głowach ludzi układających te durne pytania?

wieczorem Yarker i Ania, babskie pogaduchy, przy piecu,  po polsku i przy szarlotce.

środa

Zagrałyśmy z Heather w Lotto. Nuno nas nakręcił, opowieścią o tym, że sam zagrał.  Z napiwków kupiłyśmy los za 5 dolarów. Na serwetce spisałyśmy umowę, że zobowiązujemy się do równego podziału wygranej, że pieniądze nie uderzą nam do głowy i na zawsze zostaniemy dobrymi przyjaciółkami. Do wygrania było 3 miliony. Hmmm. Może następnym razem się uda.

czwartek

Szłam na 7.30 do pracy, słońce wstawało, oświetlało na różowo rzekę Catarqui i szkołę wojskową wraz z fortem Henry. Ze ściany lokalnego drugstoru starszy mężczyzna w pośpiechu zmywał napis fuck nigga. 

kto mów zbyt dużo?

Pytanie zadała Claudia, bo tak powiedział jej Richard. Że za dużo gada. No i faktycznie, ona jak nie mówi to śpiewa i tańczy. No ale nie mogę powiedzieć, że mówi ZBYT dużo. Bo to co mówi jest zabawne. I pozytywne. Więc chciała się dowiedzieć, czy ja też uważam, że ona za dużo gada a jeśli nie, to czy potrafię podać przykład kogoś, kto według mnie mówi za dużo.

Póżniej był wypadek. Na chodniku, przed kafejką kobieta upadła (wjechał w nią rowerzysta?) i rozwaliła sobie nos o beton. Starszny widok, dużo krwi, choć obrażenia nie były bardzo poważne. Szczęśliwie, w kafejce była pani doktor która natychmiast zajęła się ranną. Przyjechała karetka, zabrali ją do szpitala.  W tym czasie przyszedł Per, z opowieścią, że buduje sobie drewnianą chatkę w ogrodzie. Lubię Pera, ale odczułam niejaką niestosownośc tej opowieści w momencie, gdy obok, na chodniku leżała zakrwawiona osoba.

Odpowiedź na pytanie Claudii znalazłam wieczorem. Odbywał się pokaz filmu Fernando, "Pieśń nad Pieśniami". Film zrealizowany 10 lat temu, gdy reżyser skończył 50 lat. Teatr telewizji, choć kilka scen bardzo ciekawie mu wyszło, szczególnie pomysł jak sfilmować Kingston, aby nie przypominało Kingston a raczej Grecję, Liban, czy inną Palestynę. Ferando, jak opowiada o swoich filmach, to mówi, że nie ma w nich słów, że liczy się światło i obraz. Ale na przykładzie tego, co zobaczyłam myślę, że to nieprawada. Ten film był tak przegadany, jak cała Fernanda natura. W dodatku czysta pornografia, pokazana za pomocą licealnych środków wyrazu, kwiatków, pszczółek, robaczków i fal jeziora. I młodej, ślicznej dziewczyny, kompletnie pozbawionej aktorskiego talentu. Przypomnieli mi się sądeccy artyści, tacy jak śp. Jerzy Masior i poeta Emil Węgrzyn.

Nie wiem dlaczego o kobiecej sztuce mówi się , że jest kobieca, ciążowa, menstruacyjna, emocjonalna itd a mówiąc o męskiej sztuce nie wskazuje sie na jej jednoznacznie impotencyjny charakter. Szczególnie od momentu gdy twórca przekracza magiczną barięrę 50 lat. A do tego Fernando zdecydowanie za dużo gada.

piątek

Zrobiłam sobie wagary. Od szkoły. Ale do pracy i tak muszę iść.

Taka piosenka na koniec, z wczorajszego The Signal:












poniedziałek, 8 października 2012

Święto Dziękczynienia

Żeby nie było, że w Kanadzie wszystko jest takie samo jak w USA. Np Święto Dziękczynienia jest w innym terminie. Wcześniej, w pierwszy weekend października. Co moim zdaniem ma sens.

Ostatnie parę październików spędziłam w innych częściach świata, na ogół w Polsce, więc systematycznie święto przegapiałam. Nie mówię, że w Polsce było źle, np dwa lata temu w tym czasie odbywało się wesele mojego brata, gdzie świetnie się bawiliśmy. Nie narzekam, co to to nie. Po prostu wspólne jedzenie upieczonego indyka ma w sobie jednocześnie coś z magii Wigili i Wielkanocy. 13 osób, obiad był składkowy, czyli potluck, każdy zadeklarował co ugotuje i przyniesie, były dwa wielkie indyki z nadzieniem, chleb serowy, roztopiony camemebert z migdałami, ziemniaki i dynia w formie puree, żurawina i gravy, ciasto dyniowe, jabłecznik i dużo wina. Pytałam Joanny, czy to typowy kanadyjski dziękczyny obiad, ale nie była przekonana. Zabrakło jej tradycyjnych przypraw, za to wina było zbyt dużo. No nie wiem. Nam się zastosowane proporcje jedzenia do alkoholu bardzo podobały. Podziekowaliśmy sobie uroczyście za udane żniwa 2012  i ok 22.00 wyruszyliśmy na kolejną imprezę, urodzinową gdzie trojgu jubilatom podarowaliśmy taki oto prezent:  http://www.jokeroo.com/pictures/funny/squirrel-feeder.html

A jeszcze dzień wcześniej wybraliśmy się na salsę, z dziewczyami z pracy. Trudna sprawa, w barze Overtime wszyscy tańczą rewelacyjne, pełna profeska, czułam się jak słoń. Są co prawda organizowane na Queen's lekcje salsy i tanga, darmowe, ale popołudniami, więc odpadają. Może w kafejce dziewczyny poprowadzą jakiś kurs, salsa dla kawoszy czy coś. Naprawdę byłam pod wrażeniem. I mam mocne postaniwenie, że nauczę się tańczyć salsę.

Dziś poszliśmy sobie pospacerować, oglądać kolory jesieni. Tak było:


Na koniec, dla chętnych wiersz, bardzo ładny moim zdaniem. W temacie jesieni:
http://www.writersfest.bc.ca/files/u3/e_most_beautiful_things_I_ve_seen_in_October.pdf

papa.

środa, 26 września 2012

bez tytułu

Byłyśmy w Ottawie. Bałam się że H. urodzi dziecko w czasie podróży, ale nie, dała radę, dziecko wciąż w brzuchu podskakuje radośnie. Odbierałyśmy z lotniska jej siostrę, przy okazji odwiedziłyśmy koleżankę, którą poznałam podczas wypadu na narty do Vermont. Wtedy H. była w pierwszym miesiącu swojej wymarzonej ciąży, a koleżanka przeżywała kryzys w związku. Teraz okazało się, że zostawiła tego faceta, z którym była nieszczęśliwa, choć właściwie to on był wiecznie niezadowolony, a ona przestała chcieć się z tym szarpać. Rozstali się, ona poznała chłopaka, który mieszka na Alasce, właśnie stamtąd wróciła, w zeszłą niedzielę. Pływali pontonem i kajakiem, upolowali razem łosia. Na obiad były kiełbaski z tego łosia.

   ****

Była taka historia de Mello, że chłopak zakochał się w dziewczynie i przyszedł ją wieczorem odwiedzić. Zapukał do drzwi, ona zapytała "kto tam" on odpowiedział "ja". Dziewczyna nie otworzyła, chłopak myślał, myślał, myślał, po którejś z kolei próbie na pytanie "kto tam?" odpowiedział "ty". Wtedy otworzyła drzwi.


poniedziałek, 24 września 2012

Girl Power

Nie wiem kiedy dokładnie się to zaczęło. Nie wiem, bo ciężko przypomnieć sobie co robiłam tydzień temu. Wszystko się tak jakoś poszatkowało dziwnie, przez pracę. W każdym razie, we wtorek miałam bardzo miłego gościa, trochę spodziewanego a trochę nie. Poszliśmy na koncert do Artelu, a tam taka śmieszna pani, odklejona zupełnie śpiewała,  Dorothea Paas (tu niestety nie słychać, jak bardzo jest odklejona). Koncert tak naparwdę był zespołu Try Harder Na basie gra tam człowiek, który podejrzanie często kręci się wokól naszego śmietnika.

W każdym razie: pani nam się podobała, jako support zupełnie od czapy. Następnego dnia zostałam poczęstowana pyszną zdrowotnościową zupą, poszliśmy na jeszcze jeden koncert, też pani, co śpiewa country choć mieszka w Indiach. Następnie pożegnanie, najpierw gościa, a dzień później sąsiadki. Sąsiadka się wyprowadza, bo zakochała się w chłopaku, który pracuje w Namibii i właśnie do niego wyjeżdża. Impreza pożegnalna się przeciągnęła do godzin wczesnoporannych, co było o tyle niefortunne, że następnego dnia u Hilary odbywał się baby shower. No to popłynełam na wyspę, o 9.30 rano, umierająca, po 3 godzinach snu. Dobrze, że nie było dużych fal i na promie zbytnio nie bujało. Impreza u Hilary miała za temat przewodni malowanie jej brzucha henną i dekorowanie przygotowanego wcześniej  gipsowego odlewu brzucha i piersi. Mój kac więc był całkiem przydatny, żeby w ogóle być w stanie wytrzymać takie atrakcje.

W efekcie spotkanie było bardzo miłe, same fajne kobiety, nastolatki i dzieci, pyszne jedzenie, Hilary ugotowała bulion, który okazał się zbawienny dla mnie, w ogóle przyniosły dobrą energię i np motyle w prezencie, a ja musiałam zmykać przed główną atrakcją (niestety, hehe), no bo do pracy.  Praca jak się okazuje, ma mnóstwo pożytecznych zastosowań :)

W sobotę padłam, za to w niedzielę był świetny koncert. Marcin wyjechał do Toronto, jego opowieśc o tym co się tam działo jest bardzo ciekawa, być może dużo ciekawsza od mojego ględzenia. Jeśli zechce, użyczę mu tu miejsca, żeby opisał.

No więc poszłam sama. Do Zappas Lounge (sic!), miejsca niezbyt ciekawego, bez dobrej atmosfery i wibracji. Cos jak sądecki Scream Club, czy jakkolwiek się to miejsce nazywa obecnie. Byłam trochę przed czasem, kupiłam piwo, a z głośników poleciało Roxette. Ten kawałek:



Wehikuł czasu! Miałam 15 lat, on 18, czasem jeździł na zdezelowanej SKMce, ale częściej pożyczał samochód od rodziców, brązowego popolicyjnego dużego fiata. Słuchaliśmy The Dolls, Bad Religion, Ice-T, Pixies, ale w chwilach romantycznych, właśnie Roxette i Manaamu.  

Rozjerzałam się wokół. Gość, który przede mną kupował piwo wydawał mi się jakiś znajomy, po chwili doszłam do wniosku,  że spotkaliśmy się na imprezie u sąsiadki, dzień wcześniej. Przyszedł wtedy z żoną, która podczas owej imprezy wykrzykiwała zdumiona co jakiś czas: Skończyłaś prawo a teraz pracujesz w kawiwarni??? Jak to możliwe?? Co za beznadziejny kraj, ta Kanada! I co chwilę domagała się wódki a jej mąż pytał bezbronnie: Kto ją tu zaprosł? Wczoraj w knajpie początkowo nie rozpoznawali mnie, więc przez chwilę byłam bezpieczna.

Roxette zmieniło się w muzykę z filmów Lyncha. Podeszłam pod scenę. Wyszedł jakiś gostek i zaczął się występ. Coś niesamowitego! Jak Dan Deacon, tylko całkiem na odwrót. Wszystko 100 razy wolniej, sprzęt do muzyki nowiutki, artysta młody i przystojny, w dodatku z Montrealu.


Aż zapomniałam, że to był support. Śmiesznie było patrzeć, jak sztywna kingstońska publiczność z wolna zaczyna się ruszać w rytm tych popapranych dzwięków.

Koncert gwiazdy wieczoru, Austry był więcej niż udany. Zespół cierpi trochę na sydrom "hipstera z Kanady" a właściwie hipsterek, ale show był przedni. Same dziewczyny, tylko jeden gośc na klawiszach,  co wyglądał jakby go żywcem przenieśli z lat 80, z Berlina Zachdniego. Zaskoczona byłam pozytywne, bo wydawało mi się że ta Austra to taka podróba Fever Ray. Może zresztą tak właśnie jest, ale w ogle w niczym to nie przeszkadza. Bardzo dobry koncert. Dawno nie słyszałam czegoś tak fajnie i spójnie zagranego (włączając w ten ranking ostatnie Dead Can Dance w Toronto). Wszystko w klimacie ukochanej audycji Strzały z nikąd, darz bór

Po przemyśleniu ostatnich wydarzeń dochodzę do wniosku, że miały one swój początek w zeszłą sobotę, na imprezie na której kolega Marcina z pracy wykonał bardzo profesjonalny układ taneczny, w klimacie filmów z bollywoodu, a póżniej oglądaliśmy z jutuba libański taniec brzucha:




sobota, 15 września 2012

Typologia (1)

Po pierwsze Fernando. Zanim poznaliśmy się, już wiedziałam kim jest. Że reżyser, Portugalczyk i wariat.  Jeździ vespą. Kocha światło. Ma adhd. Gada gada gada. Historie wylewają się  z niego, jedna za drugą. O ojcu, że się nie rozumieli. O córkach, których nie miał. O mniejszych i większych złośliwościach, które robi ludziom. Bo tak. Bo go to cieszy i ma z tego radość. O Kingston, że małe i tanie a Toronto drogie i głośne.  Dziś była historia o spokoju i medytacji. Dwa miesiące po przyjezdzie Fernanda do Kingston, gdzieś w końcówce lat 60 okazało się, że na Queen's prowadzone są bardzo popularne warsztaty medytacji transcendentalnej. Uczestnicy walili drzwiami i oknami bo sam guru Maharishi Mahesh Yogi zapowiedział swoje przybycie. Tłum czekał w głównym hallu na swojego guru od wczesnych godzin porannych, w końcu, gdzieś ok 15.00 guru przyjechał, błękitnym cadillaciem. Wyszedł do ludzi i wtedy znajomy student, z którym Fernando stał w tym tłumie miał szanse odzwać się do Maharishiego i powiedział jedno zdanie: "Maharashi, zostało mi jeszcze dwa lata" (w domyśle - studiów) A Maharashi na to: "gówno prawda".

Maharashi pewnie myślał, że ten młody człowiek miał nadzieję, że przez 2 lata nauczy się medytacji. Ale samo stwierdzenie, że bullshit podsumowuje, co Fernando myśli o owej medytacji :)


sobota, 8 września 2012

z rozmów przy kawie

- dużą kawę poproszę
- proszę
- jak mija ci dzień? duży ruch?
- a tak, dzięki, nawet sporo dziś ludzi, to fajne, czas szybciej mija
- u mnie w pracy dziś było bardzo spokojnie, pacjenci się nie pokazali
- pacjenci? a gdzie pracujesz?
- w klinice psychiatrycznej, tu obok. u nas ruch jest w trakcie długiego weekendu i zaraz póżniej, jakoś trudno ludziom sobie poradzić po długim weekendzie. wiesz, przychodzą z depresją i stanami lękowymi.  Może myślisz że to dziwne.
- nie nie, myślę, że to dlatego że tyle czasu z rodziną się spędza wtedy.
- właśnie! dobrze zgadłaś! no to cześć, do zobaczenia.
- cześć!

czwartek, 30 sierpnia 2012

Widziałam orła cień!

A właściwie całego orła. Siedział na drzewie i machał nogami. O tak:


Ale po kolei. Mieliśmy trzy wolne dni i wyruszylismy na długo planowaną wycieczkę do Quebecu. Tak trochę zastępczno, nie podróżujemy zagranicznie, to chociaż do innej prowincji się wybraliśmy. A w Quebecu wiadomo, wszystko jest inne. Nie można na przykład skręcać w prawo na czerwonym świetle.

Pojechaliśmy do miejsca niezbyt popularnego turystycznie, jakieś 200 km na północ od Ottawy. Znajduje się tam rezewat przyrodniczy La Vérendrye, o powierchni porównywalnej do Algonquinu, ale rocznie odwiedza to miejsce 5000 turystów a Algonquin 200 000. Mają też 800 km tras na kanu/kajaki. Wygladało zachęcająco. To, że spora częśc tych tras to whitewater, dowiedziałam sie na miejscu, bo nie chciało mi się czytać informacji w internecie.

Wyjechaliśmy z Kingston w sobotę wieczór, mając w planie nocleg w Maniwaki. To jedyne większe miasteczko przed La Vérendrye, opanowane przez zakon księży Oblatów i otoczone rezewatem indiańskim. Dojechaliśmy tam późną nocą, na oparach benzyny, gdyż jedyna stacja benzynowa w Wakefield, która powinna była być otwarta w sobotę wieczorem, okazała się nieczyna. Ale nasza toyotka to wspaniały samochód, i tym razem również dałą radę, dzielna dziewczynka, nie odmówiła posłuszeństwa w żadnym tam Kazabazua ani Kitigan Zibi i szczęśliwie dojechaliśmy do miasteczka.

Motel w Maniwaki okazał się być burdelem więc zmuszeni byliśmy poszukać droższego noclegu, w bardzo symapatycznej Oberży Flisaków, będącej jednocześnie SPA. Na SPA nie mieliśmy czasu, bo z oddali dobiegły nas dzwięki muzyki. Pośpiesznie udaliśmy sie w jej kierunku, mając nadzieję na jakiś lokalny festiwal pieczenia prosiaka czy coś takiego. Ale, ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że był to całkiem dobry koncert a właściwie jego końcówka, z okazji festiwalu kajakowego, który się odbywał przy lokalnej szkole. I wtedy właśnie przypomnieliśmy sobie, że nasza znajoma, z wyspy Wolfe'a wybierała się z rodziną na jakiś festiwal kajakowy za Ottawą...

W sobotę wieczór było już zbyt późno aby się spotkać, choć festiwalowicze dzielnie imprezowali, siedząc w pontonach. Za to rano zjedliśmy wspólnie śniadanie. Hilary była bardzo zaskoczona naszym przyjazdem, w ogóle nie spodziewała się nas tam zobaczyć, zresztą i vice versa :) Tu można obejrzeć co robią ci wariaci od whitewater: http://www.gatineau.org/en/gallery Materiał video tym razem po francusku, tfu kebecku, ale nie zniechęcajcie się :)

Po takich przygodach dotarliśmy do wypożyczalni kanu. I wtedy znów okazało się że w Quebecu jest inaczej. W Ontario, jak pożyczamy łódkę, nikt się nie czepa, dają nam jakieś kanu, pianki, wiosła i wio. A tu był cały cyrk. Pobarli 230 dol kaucji z karty kredytowej. Sprawdzili, czy w piankach nie ma dziur. i czy wiosła nie są powykrzywiane (!!!!) Jak gość zaczął zaznaczać czarnym markerem uprzednio powstałe uszkodzenia na łódce i nanosić je na szkic (jak w wypożyczalni samochodów) to wymiękłam.   No ale pomyśleliśmy, że może to przez większą ilość tras z whitewater, jest większa szansa powstania uszkodzeń.

Wycieczkę można podsumować w paru punktach:

1. Zaobserwowane dzikie zwierzęta: Orzeł amerykański, taki jak z patriotycznych obrazków USA (ale dlaczego w Quebecu?) i wściekłe wiewiórki, rzucające w nas patykami. Misiów zero. Ciekawa jestem, gdzie one się kryją. Wszyscy nas zawsze straszą tymi misiami. Nigdy żadnego nie widzieliśmy.

2. Prognoza pogody: w ogóle zero odniesienia do rzeczywistości. 2 dni miały być słoneczne i bezwietrzne, w poniedziałek miało padać i grzmieć. Burzę odgoniliśmy przy ognisku ale takiego wiatru jaki nas dopadł na jeziorze we wtorek to nikt z nas nie zamawiał. W pewnym momencie miałam wątpliwości, czy dopłyniemy do bazy, a zostało nam wtedy jedynie 3 km do końca... Wiatr to największy czynnik ryzyka przy wiosłowaniu. No ale znowu się udało.

3. Kempingowe zwyczaje Kebeków: Miejsca kempingowe na mapce były oznaczone jako jedno i wielo-namiotowe. I znów, w Ontario to nie do wyobrażenia, żeby ktoś dołączył się do już zajętego kempigu, no chyba że jest jakaś wyjątkowa sytuacja, załamanie pogody, wszystkie inne miejsca zajęte, no nie wiem. A tu nam się zdarzyło.  W poniedziałek trochę lało, ale po południu sie wypogodziło. I wtedy na "nasz" kemping" przypłynęło kanu z panem w wieku ok 50+ i jego dwoma synami-nastolatkami. A dosłownie 10 min wiosłowania dalej były 2 inne PUSTE kampingi. No to się zwinęliśmy i odpłynęliśmy. Co spowodowało dyskusję między nami, czy jestem socjopatką i do jakiego stopnia nienawidzę ludzi. Nie wiem czy ludzi w ogólności ale nastoletnich chłopców to tak, z pewnością wolę unikać. Szczególnie na kempigu, gdy wokół las jezioro i cisza a oni się drą. Dla wjaśnienia dodam, że ten "nasz" kemping był oznaczony jako 3-namiotowy.

4. Klimat i fajność: Bardzo fajne miejsce do wiosłowania, polecam bo czuć już tam wiatr wiejący od Zatoki Hudsona i lasy mają taki bardziej hmmm, syberyjski wygląd. No i grzybów zatrzęsienie! Co prowadzi mnie do tematu:

5. Jedzenie: Gdyby mój mąż nie był fizykiem to mógłby zająć się profesjonalnie pisaniem książek kucharskich o jedzeniu kempingowym. Ugotował dwa dania, "grzybową extravaganzę" i "warzywa duszone w białym winie z serem cheddar". Mniam mniam. A w domu jeszcze z zebranych maślaków zrobił pyszna kolację, maślaki z rozmarynem, pycha!

A tu trochę zdjęć:

Bobrza tama do sforsowania

very romantic

haute cuisine en camping

wiadomo co

groźnie było momentami

ale wszystko dobrze się skończyło.

W nagrodę zatrzymalismy się w najmodniejszym obecnie hipsterskim miasteczku czyli w Wakefield, gdzie zjedliśmy wspaniały obiad w Bistro Chez Eric  (Marcin: tilapia z risottem bakłażanowym, ja: łosoś w syropie klonowym z babką ziemniaczaną i fenkułem) i obejrzeliśmy lokalna atrakcję czyli kryty most:



I to koniec wycieczki.






poniedziałek, 20 sierpnia 2012

optymistycznie w poniedziałek

Muzyka z Afryki. Taka:


i taka:


O!

prośba o rekomendacje

Czytacie ostatnio coś fajnego? Pytam o wszystko: książki, gazety i czasopisma. Możecie coś polecić?

niedziela, 19 sierpnia 2012

dziwne filmy

Mamy takich ciekawych znajomych w Toronto, którzy raz do roku obdarowywują nas filmem. Najczęściej polecają ten darowany film w taki skromny sposób, no że cos takiego ostatnio widzieli, że troche ciekawe, ale w sumie dziwne i że nie wiadomo, czy będzie nam się podobać, bo to komedia i w ogóle niepoważne. Jak na razie trafili w 100% w nasz gust. Co ciekawe, każdy z tych filmów ogladamy po kłótni, albo w jakimś nerwowym czasie. I całkiem przypadkiem, większość naszych problemów jest w tych filmach pokazana, a następnie wyśmiana. Nie wiem, co ci znajomi sobie o nas myślą i dlaczego są aż tak precyzjni, ale duży szacun. I wielkie dzięki :) Lista filmów w porządku chronologicznym:

1. Artois the Goat 



2. Immaculate Conception of Little Dizzle



3. Young Adult




Ten ostatni to prawdziwy hit. Od piątku dręczy mnie pytanie, skąd twórcy to wszystko wiedzą i czy takie zaburzenia można leczyć.

W każdym razie, wszystkie filmy serdecznie polecamy.

środa, 8 sierpnia 2012

Howe Island

To było nasze drugie podejście do Howe Island. Poprzednie zakończyło się po 2 górkach i pękniętej dętce w rowerze Marcina. Tym razem dotarliśmy do celu czyli śmiesznego, kablowego mikro-promu który pływa pomiędzy wyspą Howe a Gananoque. Trasa wycieczki liczyła bagatela 60 km (w tym 10 km bocznych dróg z okazji zgubienia się ). Po 30 kilometrze miałam naprawdę dość, a w nocy ból mięśni nie pozwalał mi zasnąć.

"Duży" prom

Howe Island

"Mały" prom

Widok na Howe Island

Girls' night out

Wieczorek panieński z dziewczynami z  Wydziału Fizyki. Jadłyśmy sushi i grałyśmy w kręgle. Dla mnie nowością były kręgle, dla koleżanki z Kamerunu - sushi. Bardzo sympatycznie.  Rozmowy były o tym, czy całowanie się w laboratorium może wpływać na sterylność pomieszczenia. I że w ogóle to trochę nie wypada. Poczułam się jak w Big Bang Theory. Wieczorek zakończył się w The Mansion nad dzbankiem piwa o 2 nad ranem, więc nie najgorzej.

small talk

 -  Alina, ludzie uwielbiają rozmawiać. Sprzedajesz im kawę i pytasz: jak mija Ci lato? Zobacz jak fajnie można nawiązać rozmowę z klientem.
- OK Danny.
Podchodzi klientka.
- Jak mija Ci lato? Pyta zadowolony z siebie Danny.
- No wiesz, nie najlepiej. Ona na to. Nasza córka miała wypadek samochodowy na autostradzie, tu w Kingston, 6 tygodni spędziła w szpitalu na intensywnej terapii. Teraz już w domu powoli dochodzi do siebie. Nie wiadomo co będzie dalej.
- .... (Danny)

Tak. Small talk rulezz.