coś tam coś tam. czyli nie można ucieć od samego siebie, przenosząc się z miejsca na miejsce.
niedziela, 8 lipca 2012
świetliki i króliki
Jak w tytule. Jakaś plaga w tym roku. Wszędzie króliki, a wieczorem świecące robaki. Jeden nawet wpadł Marcinowi we włosy. Wciąż nieznośnie ciepło, +30 stopni i słońce. Uciekamy na pobliskie plaże, dobrze że troche ich tu jest w okolicy. Odwiedziliśmy Davidson Beach i Grass Creek Park. Davidson fajniejsza, mniej ludzi, mniej zielska w wodzie no i spokojnie można piwko wypić. Choć psów więcej. Weekend spędziliśmy w towarzystwie latynosów i to było dość intensywne. Pora odpocząć. Dobranoc.
wtorek, 3 lipca 2012
Góry
Wiem wiem. Ja też mam już dość zdjęć jezior, łódek i dramatycznych sosen. Dlatego w długi weekend wymyśliliśmy góry. Że za ciepło? Eeee tam! Ważne, że nie trzeba daleko jechać ani rezerwować kempingów z wyprzedzeniem, bo u nas, jak zwykle z planowaniem jest dość kiepsko.
W piatek jeszcze wybralismy się na wyspę, do znajomych. Na promie spotkaliśmy Megan, urocze dziewczę hodujące amatorsko kurczaki. Zgadaliśmy się co do naszych weekendowych wędrówkowych planów. Megan podpowiedziała nam dokładniej co i jak, bo kiedyś sama przeszła dokładnie tę trasę, którą zamierzaliśmy pokonać w Adirnodackach.
Następnie przeżyłam drobne załamanie nerwowe, gdy okazało się, że juz nie poznajemy nowych ludzi, tylko tych samych których spotkaliśmy jakiś czas temu, w zupełnie innych okolicznościach. Na wyspie spotkaliśmy dziewczynę którą kiedyś poznałam na warszatach szukania pracy i chłopaka z którym tańczyłam square dance a także innego chłopaka, który kiedyś remontował nasz dom i znajomą z wielkopomnej wystawy I AM WATER o której to wystawie nic nie napisałam, a szkoda bo to był niezły temat na blogonotkę. I oni wszyscy (no prawie) są zaangażowani w couchsurfing. Ufff. Trochę duszno :)
W każdym razie, w sobote rano spakowaliśmy się i wiooo! do USA. Wymyśliliśmy, że co tam będziemy chodzć po niższych górkach, kiedy najwyższy szczyt ma jedynie 1629 m. n.p.m. i można go zdobyć podczas jednodniowej, 20 kilometrowej wycieczki, pokonując jedynie 1000 m. wysokości.
Dotarcie w Adirondacki zajęło nam oczywiście więcej czasu, niż zaplanowane 3,5 godz. A bo korek na autostradzie (ciężarówka się spaliła) no i granica. Póżniej jeszcze jakiś lunch w przydrożnej restauracji, bardzo smaczne jedzenie, awokado z nadzieniem krabowym i do tego chowder. Zapoznaliśmy się z lokalną prasą, niezbyt aktualną bo sprzed tygodnia. Podano tak interesujące informacje, jak ta o wypadku podczas sensu hipnozy w Monteralu, w prywatej szkole, gdzie hipnotyzer pozostawił kilkanaście dziewczat w stanie transu, a także oświadczenie firmy adidas, która wycofała ze sprzedaży nowy projekt obuwia sportowego, z łańcuchem wokół kostki, gdyż zdaniem krytyków stylistyką zbytnio nawiązywał do czasów niewolnictwa. Nic nie wiedzieliśmy, że tymczasem na wschodnim wybrzeżu spustoszenie siał huragan.
Na szlak wyruszliśmy ok 18.00 Wcześniej jeszcze zaopatrzyliśmy się w wymagane prawem stanu Nowy Jork beczki anty-misiowe:
Niestety, pomimo notorycznie nagabujących nas parkowych strażników, czy aby na pewno posiadamy beczkę i wielu tabliczek informacyjnych ostrzegających przed misiami, jedyny niedźwiedź atakujący nasze pożywienie wyglądał tak:
A w nocy do namiotu przychodziły tylko króliki, wiewiórki i żaby.
Rano wyruszliśmy na szlak. Droga na szczyt nie była zbyt ciekawa, choć na szczęście prowadziła przez las. Po ok. 3 godzinach niezłej wyrypy drzewa przestały rosnąc i mogliśmy zacząć podziwiać widoki:
Atak na szczyt przyspieszyły cholerne czarne muchy, które pojawiały się, gdy tylko zatrzymywaliśmy się na moment. Sama góra wygląda tak:
Ci w śpiworach to rodacy. W ogóle w tych górach byli sami współrezydenci z Kanady. Wszyscy bardzo sympatyczi i rozmowni.
Droga na dół oczywiście nie było wcale łatwiejsza, choć szlak prowadził przez bardziej urozmaicone tereny:
W piatek jeszcze wybralismy się na wyspę, do znajomych. Na promie spotkaliśmy Megan, urocze dziewczę hodujące amatorsko kurczaki. Zgadaliśmy się co do naszych weekendowych wędrówkowych planów. Megan podpowiedziała nam dokładniej co i jak, bo kiedyś sama przeszła dokładnie tę trasę, którą zamierzaliśmy pokonać w Adirnodackach.
Następnie przeżyłam drobne załamanie nerwowe, gdy okazało się, że juz nie poznajemy nowych ludzi, tylko tych samych których spotkaliśmy jakiś czas temu, w zupełnie innych okolicznościach. Na wyspie spotkaliśmy dziewczynę którą kiedyś poznałam na warszatach szukania pracy i chłopaka z którym tańczyłam square dance a także innego chłopaka, który kiedyś remontował nasz dom i znajomą z wielkopomnej wystawy I AM WATER o której to wystawie nic nie napisałam, a szkoda bo to był niezły temat na blogonotkę. I oni wszyscy (no prawie) są zaangażowani w couchsurfing. Ufff. Trochę duszno :)
W każdym razie, w sobote rano spakowaliśmy się i wiooo! do USA. Wymyśliliśmy, że co tam będziemy chodzć po niższych górkach, kiedy najwyższy szczyt ma jedynie 1629 m. n.p.m. i można go zdobyć podczas jednodniowej, 20 kilometrowej wycieczki, pokonując jedynie 1000 m. wysokości.
Dotarcie w Adirondacki zajęło nam oczywiście więcej czasu, niż zaplanowane 3,5 godz. A bo korek na autostradzie (ciężarówka się spaliła) no i granica. Póżniej jeszcze jakiś lunch w przydrożnej restauracji, bardzo smaczne jedzenie, awokado z nadzieniem krabowym i do tego chowder. Zapoznaliśmy się z lokalną prasą, niezbyt aktualną bo sprzed tygodnia. Podano tak interesujące informacje, jak ta o wypadku podczas sensu hipnozy w Monteralu, w prywatej szkole, gdzie hipnotyzer pozostawił kilkanaście dziewczat w stanie transu, a także oświadczenie firmy adidas, która wycofała ze sprzedaży nowy projekt obuwia sportowego, z łańcuchem wokół kostki, gdyż zdaniem krytyków stylistyką zbytnio nawiązywał do czasów niewolnictwa. Nic nie wiedzieliśmy, że tymczasem na wschodnim wybrzeżu spustoszenie siał huragan.
Na szlak wyruszliśmy ok 18.00 Wcześniej jeszcze zaopatrzyliśmy się w wymagane prawem stanu Nowy Jork beczki anty-misiowe:
Niestety, pomimo notorycznie nagabujących nas parkowych strażników, czy aby na pewno posiadamy beczkę i wielu tabliczek informacyjnych ostrzegających przed misiami, jedyny niedźwiedź atakujący nasze pożywienie wyglądał tak:
A w nocy do namiotu przychodziły tylko króliki, wiewiórki i żaby.
Rano wyruszliśmy na szlak. Droga na szczyt nie była zbyt ciekawa, choć na szczęście prowadziła przez las. Po ok. 3 godzinach niezłej wyrypy drzewa przestały rosnąc i mogliśmy zacząć podziwiać widoki:
Atak na szczyt przyspieszyły cholerne czarne muchy, które pojawiały się, gdy tylko zatrzymywaliśmy się na moment. Sama góra wygląda tak:
| Mt Marcy |
Ci w śpiworach to rodacy. W ogóle w tych górach byli sami współrezydenci z Kanady. Wszyscy bardzo sympatyczi i rozmowni.
Droga na dół oczywiście nie było wcale łatwiejsza, choć szlak prowadził przez bardziej urozmaicone tereny:
Na zakończenie byliśmy tak zmordowani, że zatrzymaliśmy się w pierwszym przyzwoicie wyglądających hotelu w Lake Placid. Nawet nie mieliśmy siły szukać najtańszego noclegu :)
Samo miasteczko to takie trochę Zakopane w którym jednak odbyła się olimpiada. W sobotę opanował je dziki tłum i festiwal BBQ, w niedzielę wieczorem było ciszej i przyjemniej. W poniedziałek nie mieliśmy już siły chodzić więc podjechaliśmy samochodem na inną górę, Whiteface:
| Whiteface Mt. |
| Lake Placid |
A wieczorem wróciliśmy do Kingston, zaopatrując się 3 opakowania naszych ulubionych lodów ze stacji benzynowej Stewart's (smaki: Adirondack Bear Paw, Maple Walnut, Cherry Vanilla).
Tyle zachodu, bolące nogi, a chodziło tak naprawdę o te lody :)
czwartek, 28 czerwca 2012
małpi golf. odsłona 2.
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Noc Kupały
W pierwszy letni weekend haromonogram zajęć towarzysko-rozywkowych zapowiadał się bardzo interesująco. Na początek dnia piknik na Cedrowej Wyspie, pierwszej z kilkunastu wysp należących do parku, dotarcie do której wymaga 7 minut wiosłowania z mariny znajdującej się w pobliżu szkoły wojskowej. Towarzystwo składało się z fanów piłki nożnej więc powrót przewidziano tak, aby zainteresowani mogli zdążyć na mecz Hiszpania-Francja. Choć zapowadano burze to pogoda udała nam się nadzwyczajnie, opalaliśmy się i pływalismy w jeziorze (pierwszy raz w tym roku!) Tu zdjęcie z wyspy z widokiem na wiatraki na wyspie Wolfie'a:
(zdjęcie by Sonia)
Naszych zdjęć w bikini i z hawajskimi girlandami kwiatów z przyczyn oczywistych nie zamieszczam :)
Oprócz pikinku, dwie przecznice od naszego mieszkania odbywał się Skeleton Park Music Festival a także Drzwi Otwarte w Kingston
Na festiwalu zdążyłam wysłuchać połowę występu Bruce Peninsula:
(zdjęcie by Sonia)
Naszych zdjęć w bikini i z hawajskimi girlandami kwiatów z przyczyn oczywistych nie zamieszczam :)
Oprócz pikinku, dwie przecznice od naszego mieszkania odbywał się Skeleton Park Music Festival a także Drzwi Otwarte w Kingston
Na festiwalu zdążyłam wysłuchać połowę występu Bruce Peninsula:
Ale ominęli nas wariaci z What Cheer? Brigade:
Zdążyłam jeszcze zrobić sałatkę, której resztki do dziś walaja się po lodówce i pojechaliśmy na sobótkowe ognisko do Yarkera. Podobno zupełnym przypadkiem na ognisku świętojańskim byli sami Polacy. Udało nam się zachować 100% tradycji bo był i domowy bimber i gitara i śpiewy (a wszystko te czaaarneee oczyyyy gdyyyybyyym jaaaa jeeee miaaaaał!) i dyskusje jak zarobić kupę kasy (najlepiej wrzucając zdjęcia porno do sieci, problem w tym że modele i modelki byli już z lekka podstarzali). Jeden pan opowiadał, że od 20 lat pracuje w firmie kosmetycznej i że teraz to "robią w organikach bo inaczej nie idzie sprzedać, ale to bez sensu bo bez prezerwatyw wszystko się psuje". Ostatni raz taki ubaw mieliśmy chyba podczas polonijnej wycieczki do Montrealu na zawody Formuły 1.
A w niedziele padało. Więc spokojnie mogłam popracować te parę godzin w sklepie Pera. Póżniej z Nunem obejrzeliśmy zaległe "Jak się to robi". Bardzo aktualny film :) Wszystko tam było: Francuz Pierre, złamane nogi i zazdrosne kobiety, jedna nawet nosiła wdzięczne imię Alina, wściekła góralska rodzina i przyjazny milicjant. Tak że polecam. I życzę Wam udanego lata!
czwartek, 21 czerwca 2012
kiedyś. gdzieś.
Upał. Żar leje się z nieba. Od jeziora wilgoć. Ciężko żyć. Dobrze, że znajomy Portugalczyk wypożyczył nam przenośny klimatyzator, chłodzimy się i odsączamy "humid" z powietrza. Floryda. Trudno zająć się czymś pożytecznym, z niechęcią myślę o wychodzeniu na zewnątrz. Szczególnie teraz, gdy w mieszkaniu zrobiło się przyjemnie chłodno. Trochę z powodu upału a trochę bez powodu przypomniały mi się rodzinne wakacje na Węgrzech anno domini 1987 czy coś. Zaopatrzyliśmy się w paszporty ważne jedynie na kraje socjalistyczne. Podróż białym polonezem o niezapomnianych numerach rejetracyjnych NSA 0448. Wydawała się wiecznością, a google maps mówi, że to jedynie jakieś 500 km z okładem. Pola słoneczników. Pola kukurydzy. Nieudolne próby rozszyfrowania, o czym ci dwaj śpiewają. No i ten gość Prawdziwy road trip. Mały biały domek w którym mieszkaliśmy, okiennice, winorośl. Gospodarze, z którymi nijak nie szło się porozumieć bo język taki dziwny. Płytka i ciepła woda w jeziorze, krwawiące stopy, przecięte na ostrych krawędziach muszli małż. Tata nauczył mnie pływać. Jedliśmy najpyszniejsze na świecie arbuzy i melony, przeżywałam zachwyt nad ilością smaków jogurtów. Naleśniki z czekoladą. Nie pamiętam, jak długo tam byliśmy. Tydzień? Dwa? Czy miejscowość to Balatonboglar czy Balatonlele? Póżniej tam wracaliśmy jeszcze kilkurotnie, więc pewnie wspomnienia sie skumulowały w jeden ciąg węgierskich wakacji. Hmmm. Chyba czas wybrać się w jakąś podróż... Najlepiej daleko. Najchętniej samochodem.
środa, 20 czerwca 2012
wtorek, 5 czerwca 2012
tranzyt wenus
Jakiś czas temu wybraliśmy się do Yarkera, z powodu wystawy naszej sąsiadki, Heather. Było zabawnie, bo zabraliśmy Nuna i Byrona. Były tam też różne kobiety, studentki albo panie w poważniejszym wieku i śmiesznie było patrzeć, jak chłopcy je czarowali. A że obydwaj są artystami podrywu, to zabawa była przednia. Przyszła też Carolyn, dezjanerka z sąsiedniej wsi i opowiadała, przejeta, o zbliżającym się tranzycie Wenus oraz o tym, że widziała w telewizji wywiad z jakimś fizykiem od ciemnej materii*, że te kosmiczne cząsteczki przelatują przez nas tu i teraz i co to w ogóle ma znaczyć, że tak bez naszej zgody i wiedzy przelatują.
A wcześniej jeszcze bylismy nad French River i ogladaliśmy jak Wenus zachodzi nad horyzotem, o tak:
No i dziś ten słynny tranzyt Wensu można było oglądać własnymy oczyma, dzięki uprzejmości astronomów z wojskowego koledżu. Ustawili się na górce, przy forcie, przynieśli różne teleskopy, porozdawali okularki i można było owe przejście Wenus osobiście zaobserwować. Zasadniczo niby nic takiego, wielka czarna kropa na tle Słońca, ale tak naprawde to super no i kolejna okazja dopiero za jakieś 105 lat. Jak ktoś zaspał to może sobie pooglądać z Hawajów: http://www.exploratorium.edu/venus/
* Ten wywiad z fizykiem w telewizji to z okazji hucznego otwarcia laboratorium pod ziemią w Sudbury.
A wcześniej jeszcze bylismy nad French River i ogladaliśmy jak Wenus zachodzi nad horyzotem, o tak:
No i dziś ten słynny tranzyt Wensu można było oglądać własnymy oczyma, dzięki uprzejmości astronomów z wojskowego koledżu. Ustawili się na górce, przy forcie, przynieśli różne teleskopy, porozdawali okularki i można było owe przejście Wenus osobiście zaobserwować. Zasadniczo niby nic takiego, wielka czarna kropa na tle Słońca, ale tak naprawde to super no i kolejna okazja dopiero za jakieś 105 lat. Jak ktoś zaspał to może sobie pooglądać z Hawajów: http://www.exploratorium.edu/venus/
* Ten wywiad z fizykiem w telewizji to z okazji hucznego otwarcia laboratorium pod ziemią w Sudbury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)