wtorek, 22 maja 2012

rzeka

W epoce lodowcowej obszar dziesiejszego jeziora Huron pokrywało dużo większe jezioro Algonquin. Jego pozostałościami są dziś m.in Georgian Bay, French River i jezioro Nipissing. Kiedy lód stopniał, z jezora Huron wyszedł gigantyczny bóbr i zaczął wędrować  w kierunku północnym. W trakcie wędrówki budował tamy, które aktualnie są wodospadami i zatrzymywał wodę w dzisiejszych zatokach rzeki. Tak powstała French River, z niezliczoną ilością zatok, wysp, odnóg, kanionów i wodospadów. Mieszkańcy tych terenów, Indianie Ojibwa nazywają siebie Amikouas, czyli potomkowie bobra.  

W ogóle mieliśmy wątpliwości, czy płynąć. Ogłoszono zakaz palenia ognisk w północnym Ontario i perspektywa campingu bez pieczonych ziemniaków i kukurydzy nie wydawała nam się zachęcająca. Ale prognoza pogody była bardzo obiecująca, w nocy +15 stopni, nie to co koszmarne zeszłoroczne zimno w Killarney. Popłynęliśmy więc, tym bardziej, że rzeka jest ważna z uwagi na pionierską historię Kanady, w XVII i XVIII wieku kwitł tu handel bobrzymi skórkami. Łączy ona szlaki wodne, między Wschodnią a Zachodnią Kanadą. Po upadku przemysłu drzewnego turystykę na rzece rozpoczęli Amerykanie, do dzis gości przyjmuje  m.in ośrodek Klubu Dżentelmenów z Kentucky.  

Popłynęliśmy trasą zaproponowaną przez naszego ulubionego autora przewodników, Kevina Callana,  w dół rzeki Wschodnim Kanałem, aż do Georgian Bay i powrót Kanałem Głównym. 3 dni niezłego wiosłowania. Pierwszy nocleg, polecony przez bardzo miłego pana Kolasky, wypadł nam przy ogromnej bobrzej tamie. Bobra również udało nam się zobaczyć i usłyszeć jak wskoczył do wody, to był pewnie jakiś przodek tego Pra-Bobra. Nie dał się spryciarz sfotografować, ale tama (jej fragment) wyglądala tak:


Obozowisko nasze ograniczyło się do turystycznego kocherka:


Poza tym naprawde było ciepło:


Stresującym elementem wycieczki były otwarte wody Georgian Bay. Ale mieliśmy szczęście, właściwie nie wiało i kolejny obóz rozbiliśmy na Wyspie Sabinek:


Przy okazji chciałam z dumą zaprezentować nasz namiot. Przedstawione zdjęcie nie oddaje w pełni jak wspaniały on jest. Ta biała płachta na czubku była kiedyś klapką wentylacyjną, która niestety się  zagubiła. W zamian świetnie sprawdza się klapka zrobiona z worka na śmieci w kolorze białym, przywiązana sznurkiem konopnym do masztu:


Nie wspomnę o rurkach, które utrzymują namiot w pionie, gdyż  jest to system tak skomplikowany, składający się z różnej długości oryginalnych rurek i dodatkowych rurek zakupionych w Kanadyjskiej Oponie, że do prawidłowego ich rozmieszczenia konieczna jest cierpliwość fizyka eksperymentalnego! Chciałam również wyjaśnić, że to drzewo na zdjęciu powyżej to nie fotmontaż. 


Po tej krótkiej dygresji wróćmy na błękitne wody zatoki. 



Naprawdę mieliśmy szczęście, że nie wiało. Natomiast nawigacja okazała się być niejakim wyzwaniem, w pewnym momencie nie mogliśmy się połapać, w którą z odnóg rzeki powinniśmy wpłynąć, aby bezpiecznie wrócić do mariny. Widok z góry nie ułatwiał syuacji:


Pomógł kompas, mielismy oczywiście w pamięci, że wskazuje on północ z odchyleniem ok 11 stopni z uwagi na wpływ bieguna magnetycznego.   

Na ostatnim campingu zaatakowały nas komary. Atak trwał godzinę i został przez nas dzielnie odparty. Teraz już wiemy, jak się bronić przed tymi psiekrwiami. Wieczorkiem siedzieliśmy sobie na skale i obserwowaliśmy różne rodzej zmierzchu tj. zmierzch astronomiczny i zmierzch właściwy.

Tu poniżej zmierzch astronomiczny:



Przy zmierzchu właściwym trudno jest zrobić zdjęcie.

Wycieczkę zakończyliśmy przy historycznej tabliczce i wodospadach, nad którymi zginęło kilku misjonarzy co Indian chcieli nawracać. Nie mieli odpowiednich ubranek, biedacy. Sandały i habity nie chroniły ani przed zimenm, ani przed robactwem...





Jeśli wydaje się Wam, że juz gdzieś widzieliście bardzo podobne zdjęcia to pamiętajcie, to jest zupełnie inna rzeka!

SnoLab

To oczywiście nieprawda, że nic się nie dzieje. Odbyłam przecież doroczną pielgrzymkę do Najbrzydszego Miasta Kanady. Okazją było oficjalne otwarcie laboratorium, które działa od przynajmniej 10 lat.Tym razem oprócz fizyków i jednej znudzonej żony przyjechała też prasa i telewizja. Oto efekt nagrań lokalnej telwizji, prosze zwrócić uwagę na 3 minutę nagrania:




To w ogóle trochę ściema z tym super czystym laboratorium. Okazło się np że politycy, jak zwiedzali to nie musieli iść pod prysznic. A dziewczyny, po prysznicu zostawiają swoją bieliznę osobistą, nie zamieniają jej na laboratoryjną. Nie dowiedziałam się niestety, czy badano radioaktywność majtek. Ani czy eksperymentom nie zagraża kurz gromadzacy się np w nieumytych włosach. 

W ogóle dotarcie do labu zajmuje ok godziny. Najpier trzeba przebrać się "za górnika". O tak:


Później zjezdża się 2 km w dół, okropną windą zwaną klatką. Górnicy i naukowcy razem. Sojusz inteligenta z robotnikiem. Dlatego pewnie jednym z punktów surowo przestrzeganego regulaminu bezpieczeństwa jest "no horseplay" :) 

Nastepnie 2 km spaceru kopalnianym korytarzem w upale i kurzu i w końcu jest. Stacja mycia butów:


Teraz upragniony prysznic. I całkiem nowe wdzianko (oprócz majtek). Oraz klimatyzowane pomieszczenie. Zwiedzanie labu zajęło jakieś 3 godziny. Przez ten czas nie udało mi się zrozumieć, dlaczego tylu inteligentnych ludzi spędza czas w podziemu, budując jakieś dziwne maszyny, które mają za zadanie albo syczeć, albo świecić albo wszytko na raz, próbując udowodnić że jakiś rodzaj cząstek istnieje we wszechświecie. 






No i czy 70 milionów dolarów wydanych na budowę nie można było przeznaczyć na np niwelowanie skutków działaności przemysłu kopalnianego w regionie Sudbury czy też pomoc mieszkańcom okolicznych rezerwatów. No ale precz z populizmem, wiadomo że przyrody w Sudbury nie da się odbudować, prznajmniej nie w tej epoce geologicznej no i kto by sie przejmował Indianami.

A tu na zdjęciu poniżej patrzę w wielką dziure, w której kiedyś będzie EKSPERYMENT i zastanawiam się komu by tu napluć na głowę:




Powrót wygląda tak samo, idzie się chodnikiem w kopalni 2 km i jedzie się okropną windą.  Na zakończenie tak ciekawiego dnia czekała na nas bardzo smaczna kolacja w pobliskim klubie golfowym. Niestety, organizatorzy nie przewidzieli czasu na powrót do hotelu i kolejny prysznic :) Tak, że pomiędzy przystawką a daniem głównym, z policzka rekawem ścierałam smugi pyłu niklowego. 

nic nie pisałam, bo zajęta byłam podziwianem przyrody

Ugh. Jakoś straciłam serce do tego blogu. Może w ogóle już straciłam serce. Zestarzałam się i przestałam mieć uczucia. Nie posiadam również orygialnych przemyśleń, ani ciekawych doświadczeń. Moje dni wypełnia szukanie pracy, pranie, gotowanie, wsciekanie się na bałagan i nie-sprzątanie oraz czytanie setki bzdur w internecie. Trochę byłam chora, ale głownie to mi się nie chciało. W ogóle mało mi się chce. Np takie butelki po piwie. Zalegaja w kuchni. Jest ich 42. I 6 butelek po winie. Odwiozę do punktu skupu, dostanę drobne, będę mieć za co zrobić kolejne pranie. Bez sensu.

środa, 14 marca 2012

Richardson Stadium

Wczoraj świętowaliśmy wigilię ostatniej środy, roku irańskiego, 1391. Więcej informacji tu:  http://en.wkipedia.org/wiki/Chaharshanbe_Suri Impreza odbywała się na zachodnim kampusie, ale nam się pokiełbasiło i poszliśmy najpierw na główny kampus. Na szczęście zorientowaliśmy się , że to nie to miejsce, uciekł nam autobus, ale  w efekcie dotarliśmy tam, gdzie mieliśmy dotrzeć, czyli w pobliże Richardson Stadium nawet o czasie. Impreza polegała na skakaniu przez płonące ogniska, słuchaniu irańskiej muzyki, jedzeniu zupy popiołowej i ogladaniu gwiazd i planet. Pod koniec pan odpowiedzialny za ogniska poszedł sobie, a nasi znajomi poczuli sie odpowiedzialni za bezpieczeństwo pustego parkingu, na którym odbywała się owa uroczystości i postanowili na wszelki wypadek zawołać straż pożarną, żeby dogasiła tlący się ogień. Jakoś nikt nie wpadł na pomysł po prostu wylania wody do ogiska, nie mówiąc już o kolektywnym oddawaniu moczu. Strażacy przyjechali, ogień dogasili, pośmiali się z Irańczyków a my wróciliśmy do domu.

Dziś wybrałam się ze znajomą na ten sam Richardson Stadium. Pospacerować. Znajoma słabo widzi, więc spacerek po stadionie jest akurat wygodny dla niej. Obeszłyśmy stadion z jakieś 6 razy, byłysmy juz gotowe do powrotu, a tu zonk. Brama, przez którą weszłyśmy, została zamknęta na kłódkę. Ogrodzenie jest tam bardzo wysokie i zakończone drutem kolczastym, nie bardzo chciałam je forsować. Znajoma zadzwoniła po pomoc do urzędu miasta. Powiedzieli nam, że do pół godziny ktoś przyjedzie nas uwolnić, no i że w ogóle nie powino nas tam być. Stadion jest zamknięty (dziwiłyśmy się, spacerując, że nawierzchnia jest taka zniszczona i co robią te wszędzie porozrzucane deski) i brama była otwarta tylko na chwilkę, bo robotnicy akurat coś tam naprawiali. Trochę się załamałam, że pół godziny, bo wieczorem czekała nas kolejna, urodzinowa, niespodziankowa impreza. Ale, po 5 minutach, zobaczyłyśmy samochód z uniwersytetu i zaczęłyśmy machać do kierowcy. Kierowca przejeżdzał tamtędy przypadkiem, to nie był ten sam którego obiecała pani z urzędu miasta. Ale na szczęście miał klucz do kłódki. I nas uratował.  Dziwna przygoda.

poniedziałek, 12 marca 2012

niespodzianka

Nasze mieszkanko jest niewielkie, tzn jak na kanadysjkie standardy, ale ma dużo różnych zalet. Między innymi mamy fajnych sąsiadów. W piątek urodziny organizowała nasza sąsiadka, Sophie.  Zaprosiła do nowootwartej restauracji, Red House o której można powiedzieć że jest trochę zbyt fajna, jak na Kingston. Oprócz znajomych Sophie, w knajpie byli też przypadkiem inni nasi znajomi, np symaptyczny Per, Niemiec który produkuje kanadysjkie pamiątki, bo Kanadyjczycy jakoś nie wpadli na to, że turyści kupują masowo  takie rzeczy

Po tym, jak już wszyscy spotkali się w jednej knajpie, wróciliśmy do sąsiadki na domowy afterek. Sobota więc, jak możecie się domyślić, zaczęła się bardzo późno, znów nie zdążyliśmy do holenderskiej knajpy, Golden Rooster, na śniadanie, bo gupki podają śniadania jedynie do 11.00 :) Ale Marcin usmażył naleśniki więc pewnie i tak nasze śniadanie było smaczniejsze niż ich śniadanie. Później mój brat zagrał na harmonijce a bratowa odśpiewała ślicznie sto lat do skypowej kamerki, a jeszcze wcześniej od rodziców przyszła paczka, z książką i słodyczami.

Tu przerywnik: to były czekoladki malagi, postanowiłam się nimi podzielić w szkole, zapomniałam jedynie, że koleżanki muzułmanki na pewno odmówią zjedzenia (i tak się stało) bo w czekoladkach był alkohol :)

Po południu odwiedziła nas mocno zmęczona Sophie i została na obiedzie, w tym czasie zadzwonił też Misza z życzeniami. I w sumie powinnam już wtedy się domyślić, albo zacząć domyślać, ale wszyscy mieli dobre wytłumaczenie, Misza np powiedział, że pamiętał o moich urodzinach bo są 2 dni po Międzynarodowym Dniu Kobiet, który w ZSRR był naparwdę ważnym świętem.

Wieczorem wybraliśmy się na koncert  The Unsettlers . Nawet się nie ubrałam ładnie, poszłam tak jak stalam, w swetrze, bez makijażu. A w The Mansion (które jak się okazało, było kiedyś własnością  Dana Aykroyda Wiki podaje co prawda, że on jest z Ottawy ale tak serio to pochodzi z Kingston, tak samo jak  Bryan Adams  i The Tragically Hip ) No więc w The Mansion był Matt, Arash z Simą (którzy w ogóle śledzili nas w drodze tam) i Nuno. Nie spodziewałam się gości, miałam nie najleszpy nastrój ostatnio i trudności w komunikacji z ludzmi, a tu takie ogromne wzruszenie. Że przyszli, choć np Arashe nie przepadają za koncertami. Niesamowite uczucie, takie przyjęcie niespodzianka. The Unsettlers zagrali bardzo fajnie, a później był Sheesham,  Lotus i Syn. Nawet tańczyliśmy. Wrócilismy i zakończyliśmy imprezę u nas w domu, dopijając resztki alkoholu, razem z sąsiadem Mattem. Czy wspomiałam, już  jak ważne jest mieć fajnych sąsiadów? I męża? i znajomych? i przyjaciół?

W niedzielę poszłam na jogę, choć byłam w bardzo kiepskim stanie. A póżniej na jeszcze jedne urodziny, koleżanki Marcina z pracy. I wysłuchałam tam taką oto anegdotkę. Opowiadał Kanadyjczyk, że pracuje w laboratorium ze studentem z Francji, który jest tu na jakiejś wymianie. I mówi: ten gość, Francuz wciąż narzeka na jakość kanadyjskiego jedzenia. Ale gdy zobaczyłem, jaką kanapkę sobie zrobił na lancz to zrozumiałem, że on nic nie zrozumie! Ta kanapka była z surową parówką! I pomidorami! przecież nie je się hot-dogów na zimno! Nic dziwnego, że mu nie smakuje! A kiedyś poszliśmy zjeść hamburgera, i Francuz nie miał pojęcia, ile keczupu można dodać do mięsa. Utopił hamburgera w keczupie, nie było możliwości, żeby mu to mogło smakować. Nie zna ten Francuz na jedzeniu W OGÓLE :)

W tym tygodniu czeka nas jeszcze jedna urodzinowa impreza.To też ma być niespodzianka, ale chyba się już wydałą. Chyba padnę ze zmęczenia :)

wtorek, 6 marca 2012

pofestiwalowo

Fajnie było, zobaczyliśmy trochę filmów, ale że festiwal odbywał się w dwóch kinach to nie wszystkie filmy mieliśmy szansę obejrzeć, dużo ciekawych grali właśnie w tym drugim kinie. Najlepszy z tych, które widziałam to  Monsieur Lazhar  ale ciekawy był też projekt zrealizowany z okazji setnej rocznicy utworzenia parków narodowych w Kanadzie: http://nationalparksproject.ca/

Godne polecenia są następujące filmiki: Gwaii Haanas National Park, British Columbia; Nahanni; Prince Albert National Park, Saskatchewan; Waterton Lakes, Alberta; Gros Morne, Newfounland i mój ulubiony, Mingan Archipelago, Quebec. Miłej podróży po Kanadzie :)

sobota, 3 marca 2012

KCFF

W ten weekend jest  festiwal filmu kanadyjskiego Postanowiliśmy się zaangażować i zamiast ogladać filmy to upychamy ludzi do kolejki, odklejamy wyżute gumy spod krzeseł i zbieramy rozsypany popcorn. Ale miałam również okazję uczestniczyć w spotkaniu, organziowanym w centrum kariery na Queen's, z ludzmi z branży filmowej. Było miło, porozmawiałam z kilkoma osobami, zostałam pozytywnie zaskoczona, że kojarzyli krakowski Off Festival, no ogólnie sympatycznie. Spotkanie trwało 2 godziny, przyszło sporo studentów, kwadrans przed 17.00 zaczęło się wyludniać.

Nagle, minutę przed końcem wpadł zdyszany Alan. To taki kochany gość, pracuje jako "człowiek od wszystkiego" ale też występuje w lokalnych przegladach piosenki, widac go często to tu to tam. No i wpadł taki zdyszany, podskakujący, wymachujący nogą i kiwając się z boku na bok wykrzykiwał raz po raz: spóźniłem się bo spędziłem 2 godziny w  sklepie Vandervoorts'a tyle tam mają rzeczy! to nie do uwierzenia!

I wtedy zrozumiałam. Ja też czuję podobny niepokój i generalnie mam doła. To jest po prostu zjawisko sezonowe. Wiosna się zbliża. http://www.youtube.com/watch?v=YTxqaHrXgHQ