Wczoraj w the Mansion fajny koncert, grały 3 zespoły, muzykę którą nieczęsto można usłyszeć w Kingston:
The Mamaku Project - przybyli aż z dalekiej Nowej Zelandii i nawet zaśpiewali ze dwie piosenki po maorysku. Mieli świetnego saksofonistę, ciekawą wokalistke, fajne urządzenie produkujace rytm i różne transowe efekty, ale dla mnie brzmieli za bardzo jak Paris Combo. Może dlatego, że głównie śpiewali po francusku, a Marcin mówi, że wszytkie francuskie wokalistki śpiewają zawsze tak samo.
Następnie zagrała lokalna The Swamp Ward Orchestra również głównie po francusku, tym razem były to dawne, tradycyjne piosenki osadników z Quebecu. Projekt trochę taki dziewczyński, była lira korbowa, banjo i wiolonczela, ale do współpracy zaproszeni zostali też mężczyźni - perkusista i znany nam skądinąd basista Ci z kolei przypominali mi "Kapelę ze Wsi Warszawa". Ale to dobre skojarzenie. W każdym razie energii było znacznie więcej niż przy Mamaku, może nowozelandczycy byli zmęczeni występami w stolicy Nunavutu, Iqaluit. Publiczność tańczyła i domagała się bisów, a to raczej rzadkość w statecznym Kingston.
Najlepszy występ był oczywiście na końcu. Totalna zmiana klimatu i stylistyki, całkiem inna muzyka. Zespół "From the Sun", coś na kształt pozytywnej psychodeli z lat 70 z muzykami wyglądającymi jak przed odwykiem heroinowym. Co więcej, ci muzycy to nasi sądziedzi z komuny artystycznej the Artel No w każdym razie chłopaki oraz wokalistka dawali radę kapitalnie. Muzyka płynęła, publika szalała. Niestety, nie znalazłam żadnego linka, nie promują się w sieci. Widocznie nie muszą.
Do domu wróciliśmy 2.15 nad ranem, bardzo zadowoleni i w dodatku trzeźwi ;)
coś tam coś tam. czyli nie można ucieć od samego siebie, przenosząc się z miejsca na miejsce.
środa, 6 lipca 2011
poniedziałek, 4 lipca 2011
Canada Day weekend
1 lipca to oficjalny początek kanadyjskiego lata. Krótkiego (bo za jakieś 2 tygodnie można się spodziewać śniegu) ale jakże przyjemnego! Kanada świętuje wtedy swoje urodziny, pogoda z reguły jest słoneczna, tym razem swoją obecnością zaszczycili Kanadę sam książę i nowa księżniczka!
To też jest dzień, gdy szczęśliwi posiadacze wszelkiego rodzaju łódek mogą na nich popływać. Z reguły jest to też jedyny taki weekend w roku. Pozostałe letnie weekendy Kanadyjczycy spędzają bowiem w pracy, żeby spłacić kredyty pozaciągane na zakup owych łódek :) Oraz tych niesamowitych domów na kołach, do których można przyczepić kolejny samochód i np jeszcze motocykl i quad i tak wyposażonym udać się raz do roku na zasłużony 4-dniowy wypoczynek....
Sąsiedzi z południa świętują 4 lipca. Sporo rodzin wykorzystuje ten podwójny, długi, kanadyjsko-amerykański weekend, żeby się spotkać, poodwiedzać, spędzić razem czas na np bardzo popularnych festiwalach żeber(ek). Najbliższy nam festiwal odbywał się w Gananoque. Ale odpuściliśmy. Tu zdjęcia jak wygladają przykładowe żeberka w Toronto: http://www.blogto.com/eat_drink/2011/07/photos_of_ribfest_toronto_2011/
Ciekawe jest to, że lojaliści i republikanie, po tylu wojnach i raczej braku sympatii na codzień w ten weekend często bawią się wspólnie.
My wybraliśmy życie zamiast żeberek i zdecydowaliśmy się na wyjazd powiedzmy szkoleniowy z Cataraqui Canoe Club nad Palmer Rapids. Szkolenie obejmowało podstawy whitewater canoeing i odbywało się na rzece Madawaska http://en.wikipedia.org/wiki/Madawaska_River_(Ontario)
Rzeka super, bo oprócz samych "rapids" jest sporo miejsc, gdzie zupełnie początkujący mogą ćwiczyć pływanie w rwącym nurcie bez niebezpieczeństwa, że natychmiast wpadną do wody. Oczywiście byliśmy jedynymi początkującymi, bo inni członkowie klubu byli już dość zaawansowani, tak w wiosłowaniu jak i wiekiem. Ci emeryci nas kiedyś wykończą! Na drugi dzień, gdy załapaliśmy mniej wiecej o co chodzi Ed zabrał nas na same "rapids", należą się mu podziękowania, za to że wykazał się dużą cierpliwością.
Whitewater najlepiej chyba porównać do narciarstwa zjazdowego, tylko że nikt nie buduje wyciagów dla kajakarzy i kanuistów (?), po przepłynięciu rwącego odcinka rzeki trzeba łodkę wytaszczyć na własnych plecach (albo plecach męża). Natomiast pływanie po jeziorach to jak narciarciartwo biegowe. Może mniej frajdy z samego pływania, ale za to nieograniczone możliwości w wyborze tras.
Na koniec nawet zaczęło mi się podobać, że trzeba trochę powalczyć z nurtem, nie dać się mu porwać, uprzeć się i postawić na swoim. Pływanie w rzece wymaga też sporo siły. Ręce bolą nas do dziś. No i przy dwuosobowej łódce kluczowe jest zgranie się z partnerem. Ćwiczyliśmy też akcję ratunkową pt: my w wodzie a canoe nad nami. Najtrudniejsze było wydrapanie się z powrotem do łódki.
Nocowaliśmy na kempingu, którego właścicielem jest 85-letni Howard. Pojawienie się Howarda zwiastuje głośny dzwięk "pyr pyr pyr", wydawany przez silnik jego rozklekotanego samochodu. Gdy Howard nadjeżdża swoim super-wozem należy uiścić opłatę, nocleg kosztuje 10 dolarów. Żona Howarda, równie wiekowa jak on towarzyszy mężowi i zajmuje się wydawaniem reszty. Drewno na ognisko również kosztowało 10 dolarów. To było najdroższe drewno jakie zakupiliśmy kiedykowiek :)
W drodze powrotnej postanowiliśmy odwiedzić Wilno - miejsce najstraszego polskiego osadnictwa w Kanadzie. Obejrzeliśmy skansen kaszubski i zjedliśmy obiad w polskiej tawernie, choć jedzenie było raczej tradycyjnie kaszubskie. Nigdy wczesniej nie widziałam np takich wieeelkich pierogów, jeden zajmował cały talerz. I do tego nadzienie, z sera cheddar i ziemniaków. No ale było miło, Ed opowiedział historię swojego życia, od Częstochowy, gdzie się urodził (!) poprzez Syberię, Iran (Persję), Indie, USA i Kanadę. Ed oczywiście spłyną kilka lat temu rzeką, na którą ostatnio zachorował Marcin, Nahanni River. Ponieważ wyprawa tam to dla jednej osoby koszt kilka tysięcy dolarów (kanadyjskich, ale zawsze), szybko chyba musze znaleźć jakąkolwiek pracę :) Zobaczcie jak tam ślicznie: http://www.google.ca/search?q=nahanni+river&hl=en&prmd=ivns&source=lnms&tbm=isch&ei=BYESTsqGPOTW0QGr2OWkDg&sa=X&oi=mode_link&ct=mode&cd=2&ved=0CA8Q_AUoAQ&biw=1024&bih=611
A tu parę mniej spektakularnych zdjęć z Ontario:
To też jest dzień, gdy szczęśliwi posiadacze wszelkiego rodzaju łódek mogą na nich popływać. Z reguły jest to też jedyny taki weekend w roku. Pozostałe letnie weekendy Kanadyjczycy spędzają bowiem w pracy, żeby spłacić kredyty pozaciągane na zakup owych łódek :) Oraz tych niesamowitych domów na kołach, do których można przyczepić kolejny samochód i np jeszcze motocykl i quad i tak wyposażonym udać się raz do roku na zasłużony 4-dniowy wypoczynek....
Sąsiedzi z południa świętują 4 lipca. Sporo rodzin wykorzystuje ten podwójny, długi, kanadyjsko-amerykański weekend, żeby się spotkać, poodwiedzać, spędzić razem czas na np bardzo popularnych festiwalach żeber(ek). Najbliższy nam festiwal odbywał się w Gananoque. Ale odpuściliśmy. Tu zdjęcia jak wygladają przykładowe żeberka w Toronto: http://www.blogto.com/eat_drink/2011/07/photos_of_ribfest_toronto_2011/
Ciekawe jest to, że lojaliści i republikanie, po tylu wojnach i raczej braku sympatii na codzień w ten weekend często bawią się wspólnie.
My wybraliśmy życie zamiast żeberek i zdecydowaliśmy się na wyjazd powiedzmy szkoleniowy z Cataraqui Canoe Club nad Palmer Rapids. Szkolenie obejmowało podstawy whitewater canoeing i odbywało się na rzece Madawaska http://en.wikipedia.org/wiki/Madawaska_River_(Ontario)
Rzeka super, bo oprócz samych "rapids" jest sporo miejsc, gdzie zupełnie początkujący mogą ćwiczyć pływanie w rwącym nurcie bez niebezpieczeństwa, że natychmiast wpadną do wody. Oczywiście byliśmy jedynymi początkującymi, bo inni członkowie klubu byli już dość zaawansowani, tak w wiosłowaniu jak i wiekiem. Ci emeryci nas kiedyś wykończą! Na drugi dzień, gdy załapaliśmy mniej wiecej o co chodzi Ed zabrał nas na same "rapids", należą się mu podziękowania, za to że wykazał się dużą cierpliwością.
Whitewater najlepiej chyba porównać do narciarstwa zjazdowego, tylko że nikt nie buduje wyciagów dla kajakarzy i kanuistów (?), po przepłynięciu rwącego odcinka rzeki trzeba łodkę wytaszczyć na własnych plecach (albo plecach męża). Natomiast pływanie po jeziorach to jak narciarciartwo biegowe. Może mniej frajdy z samego pływania, ale za to nieograniczone możliwości w wyborze tras.
Na koniec nawet zaczęło mi się podobać, że trzeba trochę powalczyć z nurtem, nie dać się mu porwać, uprzeć się i postawić na swoim. Pływanie w rzece wymaga też sporo siły. Ręce bolą nas do dziś. No i przy dwuosobowej łódce kluczowe jest zgranie się z partnerem. Ćwiczyliśmy też akcję ratunkową pt: my w wodzie a canoe nad nami. Najtrudniejsze było wydrapanie się z powrotem do łódki.
Nocowaliśmy na kempingu, którego właścicielem jest 85-letni Howard. Pojawienie się Howarda zwiastuje głośny dzwięk "pyr pyr pyr", wydawany przez silnik jego rozklekotanego samochodu. Gdy Howard nadjeżdża swoim super-wozem należy uiścić opłatę, nocleg kosztuje 10 dolarów. Żona Howarda, równie wiekowa jak on towarzyszy mężowi i zajmuje się wydawaniem reszty. Drewno na ognisko również kosztowało 10 dolarów. To było najdroższe drewno jakie zakupiliśmy kiedykowiek :)
W drodze powrotnej postanowiliśmy odwiedzić Wilno - miejsce najstraszego polskiego osadnictwa w Kanadzie. Obejrzeliśmy skansen kaszubski i zjedliśmy obiad w polskiej tawernie, choć jedzenie było raczej tradycyjnie kaszubskie. Nigdy wczesniej nie widziałam np takich wieeelkich pierogów, jeden zajmował cały talerz. I do tego nadzienie, z sera cheddar i ziemniaków. No ale było miło, Ed opowiedział historię swojego życia, od Częstochowy, gdzie się urodził (!) poprzez Syberię, Iran (Persję), Indie, USA i Kanadę. Ed oczywiście spłyną kilka lat temu rzeką, na którą ostatnio zachorował Marcin, Nahanni River. Ponieważ wyprawa tam to dla jednej osoby koszt kilka tysięcy dolarów (kanadyjskich, ale zawsze), szybko chyba musze znaleźć jakąkolwiek pracę :) Zobaczcie jak tam ślicznie: http://www.google.ca/search?q=nahanni+river&hl=en&prmd=ivns&source=lnms&tbm=isch&ei=BYESTsqGPOTW0QGr2OWkDg&sa=X&oi=mode_link&ct=mode&cd=2&ved=0CA8Q_AUoAQ&biw=1024&bih=611
A tu parę mniej spektakularnych zdjęć z Ontario:
| Plaża nad Palmer Rapids |
| Prawie jak Poprad :) |
| Rapids - czy jest jakiś polski odpowiednik tego słowa? |
| Bardzo Dzielna Toyotka (i Marcin który tak ładnie zawiązał canoe na dachu) |
| Skansen |
| Add caption |
wtorek, 28 czerwca 2011
Couchsurfing - opis przypaku
Czasem mam problem z couchsurferami. Tak jak np z obecnym. Przyjechał z Ottawy na kilka dni - ok. Nie ma żadnych planów, co do tego co chciałby robić w Kingston. Był tu już kilka razy, miasto zna dość dobrze. Na razie siedzi ze mną w domu. Ja czekam na Marcin aż wrócic z pracy, on czeka na swoją koleżankę do której właściwie przyjechał, ale u której nie nocuje. Ona pracuje i jest zajeta bo to taka sympatyczna artystka, zaangażowana społecznie. On studiuje politologię i religioznastwo, jest z przekonania socjalistą. Ugotował wczoraj dobry obiad. Redaguje gazetę. Niby ok wszytstko ale jakoś ciężko. Z reguły ludzie z CS są dość samodzielni, nie trzeba im wymyślać zajęć. Ani jakoś specjalnie karmić. Ani się zajmować. A z tym nie bardzo wiem co robić, czym go zająć. Jakieś pomysły?
Aaa jesli ktoś nie wie: http://zwierciadlo.pl/artykul/coach-surfing-podrozowanie-za-bezcen
http://www.couchsurfing.org/about.html
Aaa jesli ktoś nie wie: http://zwierciadlo.pl/artykul/coach-surfing-podrozowanie-za-bezcen
http://www.couchsurfing.org/about.html
poniedziałek, 27 czerwca 2011
wszędzie dobrze...
czwartek, 23 czerwca 2011
Twillingate
Gdy będziecie w Twillingate, zajrzyjcie do "Dinner Theatre". W programie, jak sama nazwa wskazuje, jest kolacja i przedstawienie. Wszystko mieści się w starym budynku, przypominającym remizy strażackie. Goście zostaja usadzeni przy stołach, jak w szkolnej stołówce, przypadkowo, według kolejności rezewacji, ale okazuje się, że wokół sami znajomi. No bo cóż innego robić, gdy leje i wieje, choć zapowiadali słońce?
Obiad jak to na wyspie, do wyboru dorsz lub łosoś, butelka wina, jakieś ciastko na deser. Rozmowy, zawsze zaczynają się identycznie, co kto robi, skąd jest. No a potem show. Występuje lokalna grupa artystow- amatorów. Śpiewają tak, że wzruszenie chwyta za gardło. Odgrywają na nowo stare skecze, parodiują Elvisa i Dolly Parton, wyśmiewają się z urzędników z Ottawy i z mieszczuchów z Toronto (obie grupy oczywiście obecne na widowni). Wszystko znane i bardzo śmieszne. Przy "Grey foggy day" wszyscy czujemy, jak ciężki jest los nowofunlandzkiego rybaka, który musi opuściść swoją ukochaną wyspę. Panie płaczą. Panowie rechoczą.
Albo inaczej. Jeśli będziecie w Twillingate zaplanujcie koniecznie wizytę w maleńkim muzeum rybackim, które prowadzi Melvin Horwood. Pokaże wam, jak zarzucać sieci, jak je wyplatać, podzieli sie zdjęciami najpiękniejszych gór lodowych które wpłynęły do zatoki, będzie Wam współczuł, (szczerze!) jeśli akurat zwiedzacie wyspę w czasie, gdy żadna góra się tam nie pojawiła. Pochwali się długopisami i banknotami, które otrzymał od turystów ze wszystkich stron świata, bądźcie więc przygotowani, żeby wręczyć mu jakś drobiazg, najlepiej z wyraźnym napisem "Polska". Powspomina stare dobre czasy, gdy łowiska były pełne ryb i nikt nie ustawiał limitów na połów krabów. Ucieszy się, gdy dostanie od Was widokówkę.
Wpadnijcie też na kawę, do niewielkiej kafejki, mieszczącej się na przeciwko świątyni masońskiej. Jeśli będziecie tam rano, będziecie mogli zobaczyć (i poczuć!) rybaków z Twillingate, którzy przez wypłynięciem w morze wypijają swoja poranną kawę. Możecie również posmakować win z lokalnej winiarni, wszystkie owocowe, z jagód, jabłek i czereśni.
Wielorybów nie ma. Gór lodowych też nie. Mgła. Wieje tak mocno, że nasz duży samochód się trzęsie. Mży bezustannie. Ale w Twillingate wszystko to jest jakoś mniej bolesne.
Obiad jak to na wyspie, do wyboru dorsz lub łosoś, butelka wina, jakieś ciastko na deser. Rozmowy, zawsze zaczynają się identycznie, co kto robi, skąd jest. No a potem show. Występuje lokalna grupa artystow- amatorów. Śpiewają tak, że wzruszenie chwyta za gardło. Odgrywają na nowo stare skecze, parodiują Elvisa i Dolly Parton, wyśmiewają się z urzędników z Ottawy i z mieszczuchów z Toronto (obie grupy oczywiście obecne na widowni). Wszystko znane i bardzo śmieszne. Przy "Grey foggy day" wszyscy czujemy, jak ciężki jest los nowofunlandzkiego rybaka, który musi opuściść swoją ukochaną wyspę. Panie płaczą. Panowie rechoczą.
Albo inaczej. Jeśli będziecie w Twillingate zaplanujcie koniecznie wizytę w maleńkim muzeum rybackim, które prowadzi Melvin Horwood. Pokaże wam, jak zarzucać sieci, jak je wyplatać, podzieli sie zdjęciami najpiękniejszych gór lodowych które wpłynęły do zatoki, będzie Wam współczuł, (szczerze!) jeśli akurat zwiedzacie wyspę w czasie, gdy żadna góra się tam nie pojawiła. Pochwali się długopisami i banknotami, które otrzymał od turystów ze wszystkich stron świata, bądźcie więc przygotowani, żeby wręczyć mu jakś drobiazg, najlepiej z wyraźnym napisem "Polska". Powspomina stare dobre czasy, gdy łowiska były pełne ryb i nikt nie ustawiał limitów na połów krabów. Ucieszy się, gdy dostanie od Was widokówkę.
Wpadnijcie też na kawę, do niewielkiej kafejki, mieszczącej się na przeciwko świątyni masońskiej. Jeśli będziecie tam rano, będziecie mogli zobaczyć (i poczuć!) rybaków z Twillingate, którzy przez wypłynięciem w morze wypijają swoja poranną kawę. Możecie również posmakować win z lokalnej winiarni, wszystkie owocowe, z jagód, jabłek i czereśni.
Wielorybów nie ma. Gór lodowych też nie. Mgła. Wieje tak mocno, że nasz duży samochód się trzęsie. Mży bezustannie. Ale w Twillingate wszystko to jest jakoś mniej bolesne.
wtorek, 21 czerwca 2011
Pardwa górska
Oprócz orła amerykańskiego okres lęgowy ma też pardwa górska i dlatego szlak na Gros Mone jest zamknięty. Poszliśmy sobie za to do Gór Stołowych i było pieknie. Jak 2000 lat temu na Marsie :) Wrócilismy wieczorem do hostelu, zadowoleni, po pysznym obiedzie (dziś halibut. mniam!) Marcin za całe 2 dolary kupił sobie taki plastikowy pistolet co strzela przyssawkami. No i strzelał do lodówki, ja zajmowałam łazienkę, poczuliśmy sie dośc swobodnie bo po wyprowadzce kebeków nikt inny tu nie zaglądał. A tu WTEM! mamy współlokatora! Szweda! i do tego poetę. Nie wiem nawet kiedy wszedł do pokoju. Szwed sporo podróżował po Afryce, szczególnie lubi spotkania z dziką przyrodą (słonie i hipopotamy), to go inspiruje twórczo, ale też w zeszłym roku w Nowym Brunszwiku widział mnóstwo wielorybów. A wczoraj nawet górę lodową (malutką co prawda ale jednak, niedaleko tego miejsca z wikingami) i 10 łosi. No to jakieś niesprawiedliwe. My nie widzieliśmy ani jednego wieloryba, żadnej góry lodowej. Nawet caribou nie. Nie mówiąc o pardwie górskiej. To wszytko jakaś ściema! Albo słynne nowofunlandzkie poczucie humoru :)
poniedziałek, 20 czerwca 2011
życie po ropie albo zrozumieć kebeka
Po kilku mocno alkoholowych wieczorach w St John's dotarliśmy wczoraj na zachód wyspy, do parku Gros Morne. Zadowoleni, bo hostel tani i czysty (nie wierzyłam już, że to może iść w parze!), gorzej z pogodą, mamy wyjątkowo kapryśną wiosnę tego roku. W hostelu spotkaliśmy małżeństwo z Montrealu, on prawie się nie odzywał (choć znał angielski), ona zaatakowała Marcina o ciemną materię, że czytała jakis artykuł i tam było napisane, że Einstein się mylił i że ciemnej materii w ogóle nie ma. Po tej wstępnej wymianie uprzejmości podpowiedzieli nam co warto zwiedzić w parku i podsunęli też kilka fajnych pomysłów na trekkingi w Quebecu, już po powrocie do Kingston (ah. nie mogę się doczekać. Tam jest lato!)
Główny przekaz ich opowieści był taki, że Parks Canada to samo zło. Bo oni chcieli pochodzić po górach, a tu okazało się że nie można za bardzo. Część szlaków zamknęta, bo orły mają okres lęgowy, miejsca kempingowe otwarte będą dopiero w lipcu a jedna z tras w ogóle nie jest dostępna bo wiatr zerwał mostek nad całkiem sporą rzeczką. No i pewnie, część zarzutów była słuszna, ale część pretensji wynikała głównie z faktu, że nie sprawdzili dokładnie, nie przeczytali przewodników, no nie przygotowali się. W każdym razie: w Gros Morne trzeba rezewować miejsca kempingowe z duuuużym wyprzedzeniem. My na szczęście (albo nieszczęście, przez tę moją nogę) nie mieliśmy ambitnych wędrówkowych planów.
Te rozbudzone oczekiwania to też wina marketingowców. Na wszystkich broszurach reklamujących Nową Funlandię i Labrador są takie zdjęcia (szczególnie to z nr 71) http://cruisetheedge.com/photo-gallery.asp
Naogląda się człowiek i myśli, jakie zajebiste góry! Musze tam pojechać! I zonk, bo w góry Torngat to można sobie co najwyżej polecieć. Wyczarterowanym samolotem, bo to sam koniec Labradoru i nie ma dróg. Czyli ceny zaporowe. Szczególnie dla bezrobotnych. Żon np.
Albo właśnie Gros Morne. Na folderkach często jest coś w tym stylu: http://canada.travelall.com/nf/att/western.htm
Brak jest tylko inforamcji, że dotarcie tam zajmuje jakieś 3 dni wędrówki. Pooglądać sobie można, ale z poziomu morza. Czyli zatoki. Albo fjordu, jak kto woli.
A pytanie z dzisiejszego programu radiowego brzmiało: z czego będzie żyć Nowa Funlandia gdy skończą się zasoby ropy?
Główny przekaz ich opowieści był taki, że Parks Canada to samo zło. Bo oni chcieli pochodzić po górach, a tu okazało się że nie można za bardzo. Część szlaków zamknęta, bo orły mają okres lęgowy, miejsca kempingowe otwarte będą dopiero w lipcu a jedna z tras w ogóle nie jest dostępna bo wiatr zerwał mostek nad całkiem sporą rzeczką. No i pewnie, część zarzutów była słuszna, ale część pretensji wynikała głównie z faktu, że nie sprawdzili dokładnie, nie przeczytali przewodników, no nie przygotowali się. W każdym razie: w Gros Morne trzeba rezewować miejsca kempingowe z duuuużym wyprzedzeniem. My na szczęście (albo nieszczęście, przez tę moją nogę) nie mieliśmy ambitnych wędrówkowych planów.
Te rozbudzone oczekiwania to też wina marketingowców. Na wszystkich broszurach reklamujących Nową Funlandię i Labrador są takie zdjęcia (szczególnie to z nr 71) http://cruisetheedge.com/photo-gallery.asp
Naogląda się człowiek i myśli, jakie zajebiste góry! Musze tam pojechać! I zonk, bo w góry Torngat to można sobie co najwyżej polecieć. Wyczarterowanym samolotem, bo to sam koniec Labradoru i nie ma dróg. Czyli ceny zaporowe. Szczególnie dla bezrobotnych. Żon np.
Albo właśnie Gros Morne. Na folderkach często jest coś w tym stylu: http://canada.travelall.com/nf/att/western.htm
Brak jest tylko inforamcji, że dotarcie tam zajmuje jakieś 3 dni wędrówki. Pooglądać sobie można, ale z poziomu morza. Czyli zatoki. Albo fjordu, jak kto woli.
| Western Brook Pond |
| Gros Morne |
| Góry Stołowe |
A pytanie z dzisiejszego programu radiowego brzmiało: z czego będzie żyć Nowa Funlandia gdy skończą się zasoby ropy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)