wtorek, 28 czerwca 2011

Couchsurfing - opis przypaku

Czasem mam problem z couchsurferami. Tak jak np z obecnym. Przyjechał z Ottawy na kilka dni - ok. Nie ma żadnych planów, co do tego co chciałby robić w Kingston. Był tu już kilka razy, miasto zna dość dobrze. Na razie siedzi ze mną w domu. Ja czekam na Marcin aż wrócic z pracy, on czeka na swoją koleżankę do której właściwie przyjechał, ale u której nie nocuje. Ona pracuje i jest zajeta bo to taka sympatyczna artystka, zaangażowana społecznie. On studiuje politologię i religioznastwo, jest z przekonania socjalistą. Ugotował wczoraj dobry obiad. Redaguje gazetę. Niby ok wszytstko ale jakoś ciężko. Z reguły ludzie z CS są dość samodzielni, nie trzeba im wymyślać zajęć. Ani jakoś specjalnie karmić. Ani się zajmować. A z tym nie bardzo wiem co robić, czym go zająć. Jakieś pomysły?

Aaa jesli ktoś nie wie: http://zwierciadlo.pl/artykul/coach-surfing-podrozowanie-za-bezcen

http://www.couchsurfing.org/about.html

poniedziałek, 27 czerwca 2011

wszędzie dobrze...

Wróciliśmy. Dawno się tak nie cieszyłam z powrotu do domu. Tu jest słońce! ciepło! rzeka i jezioro!

Jeszcze trochę nowofunlandzkich obrazków:

taki ciekawski łoś 

wrak

dolina

to on! 


 A i jeszcze nasza ulubiona piosenka, byłabym zapomniała:


czwartek, 23 czerwca 2011

Twillingate

Gdy będziecie w Twillingate, zajrzyjcie do "Dinner Theatre". W programie, jak sama nazwa wskazuje, jest kolacja i przedstawienie. Wszystko mieści się w starym budynku, przypominającym remizy strażackie. Goście zostaja usadzeni przy stołach, jak w szkolnej stołówce, przypadkowo, według kolejności rezewacji, ale okazuje się, że wokół sami znajomi. No bo cóż innego robić, gdy leje i wieje, choć zapowiadali słońce?

Obiad jak to na wyspie, do wyboru dorsz lub łosoś, butelka wina, jakieś ciastko na deser. Rozmowy, zawsze zaczynają się identycznie, co kto robi, skąd jest. No a potem show. Występuje lokalna grupa artystow- amatorów. Śpiewają tak, że wzruszenie chwyta za gardło. Odgrywają na nowo stare skecze, parodiują Elvisa i Dolly Parton, wyśmiewają się z urzędników z Ottawy i z mieszczuchów z Toronto (obie grupy oczywiście obecne na widowni). Wszystko znane i bardzo śmieszne. Przy "Grey foggy day" wszyscy czujemy, jak ciężki jest los nowofunlandzkiego rybaka, który musi opuściść swoją ukochaną wyspę. Panie płaczą. Panowie rechoczą.

Albo inaczej. Jeśli będziecie w Twillingate zaplanujcie koniecznie wizytę w maleńkim muzeum rybackim, które prowadzi Melvin Horwood. Pokaże wam, jak zarzucać sieci, jak je wyplatać, podzieli sie zdjęciami najpiękniejszych gór lodowych które wpłynęły do zatoki, będzie Wam współczuł, (szczerze!) jeśli akurat zwiedzacie wyspę w czasie, gdy żadna góra się tam nie pojawiła. Pochwali się długopisami i banknotami, które otrzymał od turystów ze wszystkich stron świata, bądźcie więc przygotowani, żeby wręczyć mu jakś drobiazg, najlepiej z wyraźnym napisem "Polska". Powspomina stare dobre czasy, gdy łowiska były pełne ryb i nikt nie ustawiał limitów na połów krabów. Ucieszy się, gdy dostanie od Was widokówkę.

Wpadnijcie też na kawę, do niewielkiej kafejki, mieszczącej się na przeciwko świątyni masońskiej. Jeśli będziecie tam rano, będziecie mogli zobaczyć (i poczuć!) rybaków z Twillingate, którzy przez wypłynięciem w morze wypijają swoja poranną kawę. Możecie również posmakować win z lokalnej winiarni, wszystkie owocowe, z jagód, jabłek i czereśni.

Wielorybów nie ma. Gór lodowych też nie. Mgła. Wieje tak mocno, że nasz duży samochód się trzęsie. Mży bezustannie. Ale w Twillingate wszystko to jest jakoś mniej bolesne.

wtorek, 21 czerwca 2011

Pardwa górska

Oprócz orła amerykańskiego okres lęgowy ma też pardwa górska i dlatego szlak na Gros Mone jest zamknięty. Poszliśmy sobie za to do Gór Stołowych i było pieknie. Jak 2000 lat temu na Marsie :) Wrócilismy wieczorem do hostelu, zadowoleni, po pysznym obiedzie (dziś halibut. mniam!) Marcin za całe 2 dolary kupił sobie taki plastikowy pistolet co strzela przyssawkami. No i strzelał do lodówki, ja zajmowałam łazienkę, poczuliśmy sie dośc swobodnie bo po wyprowadzce kebeków nikt inny tu nie zaglądał. A tu WTEM! mamy współlokatora! Szweda! i do tego poetę. Nie wiem nawet kiedy wszedł do pokoju. Szwed sporo podróżował po Afryce, szczególnie lubi spotkania z dziką przyrodą (słonie i hipopotamy), to go inspiruje twórczo, ale też w zeszłym roku w Nowym Brunszwiku widział mnóstwo wielorybów. A wczoraj nawet górę lodową (malutką co prawda ale jednak, niedaleko tego miejsca z wikingami) i 10 łosi. No to jakieś niesprawiedliwe. My nie widzieliśmy ani jednego wieloryba, żadnej góry lodowej. Nawet caribou nie. Nie mówiąc o pardwie górskiej. To wszytko jakaś ściema! Albo słynne nowofunlandzkie poczucie humoru :)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

życie po ropie albo zrozumieć kebeka

Po kilku mocno alkoholowych wieczorach w St John's dotarliśmy wczoraj na zachód wyspy, do parku Gros Morne. Zadowoleni, bo hostel tani i czysty (nie wierzyłam już, że to może iść w parze!), gorzej z pogodą, mamy wyjątkowo kapryśną wiosnę tego roku. W hostelu spotkaliśmy małżeństwo z Montrealu, on prawie się nie odzywał (choć znał angielski), ona zaatakowała Marcina o ciemną materię, że czytała jakis artykuł i tam było napisane, że Einstein się mylił i że ciemnej materii w ogóle nie ma. Po tej wstępnej wymianie uprzejmości podpowiedzieli nam co warto zwiedzić w parku i podsunęli też kilka fajnych pomysłów na trekkingi w Quebecu, już po powrocie do Kingston (ah. nie mogę się doczekać. Tam jest lato!) 

Główny przekaz ich opowieści był taki, że Parks Canada to samo zło. Bo oni chcieli pochodzić po górach, a tu okazało się że nie można za bardzo. Część szlaków zamknęta, bo orły mają okres lęgowy, miejsca kempingowe otwarte będą dopiero w lipcu a jedna z tras w ogóle nie jest dostępna bo wiatr zerwał mostek nad całkiem sporą rzeczką. No i pewnie, część zarzutów była słuszna, ale część pretensji wynikała głównie z faktu, że nie sprawdzili dokładnie, nie przeczytali przewodników, no nie przygotowali się. W każdym razie: w Gros Morne trzeba rezewować miejsca kempingowe z duuuużym wyprzedzeniem. My na szczęście (albo nieszczęście, przez tę moją nogę) nie mieliśmy ambitnych wędrówkowych planów.

Te rozbudzone oczekiwania to też wina marketingowców. Na wszystkich broszurach reklamujących Nową Funlandię i Labrador są takie zdjęcia (szczególnie to z nr 71) http://cruisetheedge.com/photo-gallery.asp
Naogląda się człowiek i myśli, jakie zajebiste góry! Musze tam pojechać! I zonk, bo w góry Torngat to można sobie co najwyżej polecieć. Wyczarterowanym samolotem, bo to sam koniec Labradoru i nie ma dróg. Czyli ceny zaporowe. Szczególnie dla bezrobotnych. Żon np.

Albo właśnie Gros Morne. Na folderkach często jest coś w tym stylu: http://canada.travelall.com/nf/att/western.htm 
Brak jest tylko inforamcji, że dotarcie tam zajmuje jakieś 3 dni wędrówki. Pooglądać sobie można, ale z poziomu morza. Czyli zatoki. Albo fjordu, jak kto woli.

Western Brook Pond

Gros Morne

Góry Stołowe


A pytanie z dzisiejszego programu radiowego brzmiało: z czego będzie żyć Nowa Funlandia gdy skończą się zasoby ropy?

piątek, 17 czerwca 2011

Morskie opowieści

We środę były finały Pucharu Stanley'a. Kanada przegrała, po raz 19 z rzędu, nawet Nowa Funlandia była zrozpaczona. Poza tym niewiele się działo, w dzień zimno, w nocy lokalne piwo w lokalnych barach.
Fizycy trochę się rozkręcili, było pare ciekawych historii. O tym jak W. poleciał z Niemiec do Indonezji, żeby napisać jakiś artykuł, wspólnie z koleżanką-fizyczką, która tam mieszkała. Problem był w tym, że koleżanka była już w zaawansowanej ciąży i jak W. dotarł na miejsce, to właście odbywał się poród, przez cesarskie cięcie. W. nie pozostało nic innego, jak zwiedzianie.
Inną historię opowiedział szef tego laboratorium od eksperymentu Marcina, o tym jak po 1,5 rocznym pobycie na Antarktydzie poleciał do Nowej Zelandii i zeschizował się, że w Nowej Zelandii też jest tak ciemno, jak podczas nocy polarnej (a była po prostu 4 rano). Za to widok wschodzącego słońca był podobno bezcenny. W kontemplacji pomogła skrzynka piwa, którą wielkodusznie o tej wczesniej porze podsunął mu wlaściciel hostelu.
Konferencję zakończył uroczysty bankiet. Ostatnią przemowę wygłosił lokalny opowiadacz historii, taki Sabała, ale nowofunlandzki. Było o morskich potworach, legendach, dziwnych stworzeniach i duchach.  A teraz mam nadzieję, że Marcin w końcu skończy pracować i pozwiedzamy razem wyspę :)

środa, 15 czerwca 2011

California uber alles

Konferencja fizyków trwa w najlepsze. W witrynach sklepowych porozwieszane są plakaty, witające delegatów. Oprócz fizyków, miasto gości również hodowców drobiu no i przedstawicieli kościoła Adewntystów Dnia Siódmego.

Tak więc konferencja trwa, a ja sobie powolutku chodzę. Do sklepów, na lanczyki (mniam mniam jak mi tu wszystko smakuje!) i kolejnych muzeów. Bardzo ciekawie było w muzeum kolejnictwa. Bo Nowa Funlandia miała kolej, która działała jakieś 100 lat, do końca lat 80 XX wieku, najpier niezależnie jako Newfounland Railway, później, gdy wyspa wstąpiła do federacji w 1949 roku, przemianowali się na Canada Railway.

Wieczorem był koncert, punkowy, w czymś co wyglada jak hala Dunajca (no dobra, trochę większe).  Nas interesował głownie support, taka reggałowa kapela stąd, którą Marcin kiedyś zapoznał, gdy część zespołu nocowała u niego w Kingston podczas ich trasy po Ontario. The Idlers się nazywają i ich ostatni album był dość popularny w Kanadzie: http://idlers.ca/site/music Support jak to support, był ok ale nie zachwycił, ale chyba taka jest rola, tych kapel na dorobku grających PRZED.

Gwiazdą wieczoru był kalifornijski zespół punkowy, NOFX. Może i jestem skończoną ignorantką, ale nigdy wcześniej o nich nie słyszałam :)  Goście z epoki Bad Religion i w sumie podobnie grali, mieli ten słodki zwyczaj obrażania publiczności (Witamy Nową Finlandie!) i siebie nawzajem. Jeden z gitarzystów był Meksykaniniem, wokalista zaś Żydem, wspólnie nabijali się np z czarnoskórych (wbrew pozorom, jest tu całkiem spora kolorowa społeczność. Na pewno większa niż w Kingston). Lokalni nie pozostali im dłużni, odbył się obowiązkowy rytuał całowania dorsza i picia tutejszego rumu zwanego screechtem, poprzedzony odśpiewaniem marynarskiej pieśni, przy wrzaskach wokalisty, że give me that rum! I want to fuck the fish! Frontman opowiedział jeszcze nieśmiertelny dowcip, o tym co trzeba zrobić, żeby zostać Nowofunlandczykiem (właśnie pocałować rybę albo przespać się z własną siostrą).

Pierwszy raz widziałam w Kanadzie koncert gdzie było prawdziwe pogo, latały kufle (no dobra, plastikowe) z piwem, ludzie palili a ochrona udawała że tego nie widzi, laska w toalecie praktycznie rzygała do umywalki, no działo się. Bardzo miła odmiana, po tych wszytkich folko-indie-rockowych-nudno-pierdzących brodatych smutasach :)