poniedziałek, 6 czerwca 2011

basen

Przedmieścia Kingston. Ciepłe, niedzielne popołudnie. Dom z basenem. Spory ogród. Zaproszeni goście, od studentów po emerytów kulturalnie konwersowali, podjadając roznoszone przez gospodarza przekąski i popijając wino albo słabe piwo. Wszyscy grzeczni, bardzo mili. Woda w basenie podgrzewana. Można było jeszcze grać w rzutki albo ping-ponga. Na deser był tort z logiem SNOLabu.
Sztuka "small talk" w wykonaniu fizyków, jak zwykle pytania o pracę i czym się zajmuję w życiu. Czy jestem w ciąży (!!!) Czy ta biegająca, 5-letnia blondyneczka to nasza córka. Skoczyłam do basenu z trampoliny, zsunęły mi się ramiączka stroju kąpielowego. I natychmiast zapoznałam sympatyczną Japonkę. Następie przypomniałam sobie, że zapomniałam o jednej bardzo ważnej rzeczy... że nie bardzo mogę się z tego mokrego stroju przebrać... Na koniec, aby przypieczętować towarzyski sukces, oblałam się kawą. Dobrze, że szef Marcina organizuje impreze jedynie raz w roku :)

niedziela, 5 czerwca 2011

zabawa na niedziele

Pomyśl szybko o trzech zwierzętach, pierwszych jakie przyjdą ci do głowy, zapisz na kartce. Już?

Ja pomyślałam o: kurze, myszy i psie.

***

A teraz klucz: pierwsze zwierze - tak chcielibyśmy aby postrzegali nas inni, drugie: tak faktycznie inni nas widzą, ostatnie: to nasza prawdziwa natura.

Najfajniesze jakie słyszałam to: lew, wiewiórka i baran :)

wtorek, 31 maja 2011

To the Crack and Back

Tym razem postanowiliśmy połączyć pływanie na canoe z chodzeniem po górach. No ok, góry to zdecydowanie za dużo powiedziane. Pagórki, za to bardzo skaliste. Obok Sudbury jest taki park, Killarney, który wygląda jak jura krakowsko-częstochowska, zalana wodą. I bez zamków. Trasę wybraliśmy z pomocą naszego ulubionego autora przewodników, Kevina Callana, zarezerwowaliśmy canoe i kempingi i już.

Poniedziałek 23 maja:

Wyruszyliśmy z Manitoulinu. W strugach deszczu. Sine niebo. Nie zapowiadało się to zbyt optymistycznie. No ale postanowilismy się nie spieszyć. Zaplanowana trasa wymagała maksymalnie 4 godziny wiosłowania dziennie, więc nie było pośpiechu. Przy odbieraniu pozowlenia na kemping okazało się, że praktycznie będziemy w parku sami. Od razu pomyślałam o wygłodniałych misiach, które przyjdą po nasze jedzenie. Zaczęliśmy płynąć o 1 po południu, początkowo było szaro i mgliście, później się rozpogodziło. Wieczorem znów trochę padało, ale my już byliśmy wtedy na O.S.A Lake (Ontario's Society of Artists) i zdążyliśmy rozbić namiot i nawet ugotować jedzenie i herbatę.

Tu powinnam opowiedzieć o: skażeniu jezior w parku, historii jego utworzenia i geologii. To wszystko się ze sobą wiąże. Bo tak, te śmieszne małe górki kiedyś były taaaakie duże jak Góry Skaliste. Ale starły się czy stopiły (coś jak nasze Góry Świętokrzyskie) i teraz są malutkie. Za to z ciekawą budową geologiczną, na która składają się kwarcyty, granity i gnejs. Budowa ciekawa, ale jak padały kwaśnie deszcze, wyprodukowane w pobliskim Sudbury, to woda nie wsiąkała w skałę, tylko spływała do jezior. Które teraz są "krystalicznie" czyste, o ciekawych kolorach, no ale nie ma w nich życia. A park powstał, bo malarze z "Grupy Siedmiu" upodobali sobie to miejsce. I wywalczyli, że nie wycięto drzew i  zapoczątkowano ochronę, najpierw jednego jeziora (właśnie O.S.A), później reszty terenu.  Teraz prowadzone są prace nad przywróceniem jeziorom życia, ale ze względu na poziom zakwaszenia, nie wiadomo jaki będzie efekt.

Rrrromantyczny zachód nad O.S.A. Lake

Wtorek, 24 maja:

To był najbardziej wymagający dzień. Mieliśmy najdłuższą trasę do przepłynięcia, na Killarney Lake wiał przeciwny nam wiatr, 1,5 km portaż też nie był lekki. A Callan pisał że to będzie "easy carry"! Portaż prowadził przez bagna, które Marcin musiał przejść z łódką na głowie, gryzły cholerne czarne muchy (szczęśliwie zabraliśmy ubranka siatkowe, anty-musze), ja się zgubiłam na chwilę, wpadłam w panikę, no ale daliśmy radę. Później już było łatwo, znaleźliśmy śliczny kemping nad Norway Lake. Tylko wiało, ze wszystkich stron. Tak mocno, że musieliśmy biegać dookoła ogniska, bo wiatr wciąż zmieniał kierunek.Głupia, umyłam się trochę wieczorem a potem wydawało mi się, że zamarzam. No ale jak Marcin mnie nakarmił, to przestało mi się tak wydawać. W ogóle wydamy książę, z naszym opisem tras na canoe, Marcina przepisami na eleganckie jedzenie z ogniska i tekstami piosenek do odstraszania misiów.

Dramatyczne sosny na Killarney Lake

Środa 25 maja:

Świeciło słońce. Rano, obok naszego obozowiska przepłynęło dwóch gości na canoe, którzy przepraszali za te hałasy w nocy (jakie hałasy?) no ale darli się, bo wydawało im się, że miś się zbliża. Wszyscy turyści w parku są ogarnięci paranoją misiową. Wstaliśmy trochę za późno, a na ten dzień mieliśmy zaplanowany ambitny spacerek po górach (co z tego, że niskich). Do szczytu, który nazywa się Crack. A nazywa się tak, bo jest pęknięty. I znów Callan trochę zawiódł, opisywał że z tej góry jest taki super widok na cały park... mnie najbardziej podobał się widok ze środka trasy, znad Little Lake Superior. Po drodze widziliśmy jedną kupę i wydaje nam się że była to kupa misia. Miała kłaczki i była dość spora. Zeszliśmy w dół, przenieślismy łódź i znów mieliśmy szczęście, rozbijając się nad Kakakise Lake, zdążyliśmy zanim spadł deszcz.

Wdok na Killarney Lake z Crack'a

Widok na Georgian Bay i Manitoulin. 
Czwartek 26 maja:

Lało całą noc. Było tak zimno, że Marcin musiał opatulić mnie kocem ratunkowym z folii, inaczej nie mogłam spać. Mieliśmy w planie jeszcze pieszą wycieczkę i jeszcze jeden kemping nad George Lake, ale wymiękłam :) Płynęliśmy w marznącej mżawce, raz trzeba było ściągnąć buty i przepchnąć canoe przez bobrzą tamę, pokonaliśmy 2-kilometrowy portaż i szczęśliwie dotarliśmy do samochodu. Podjechaliśmy do pobliskiego miasteczka, po beznynę i kawę. I przy okazji odkryliśmy najpiękniejszą latarnię nad Georgan Bay. Marcin zadzwonił do Błażeja, który zgodził się nas przenocować. W  Toronto bylismy przed 23.00. Następnego dnia Marcin leciał do Polski, ja zatrzymałam się jescze u Natalii. No ale historie z Toronto już mniej nadają się na bloga :)

Latarnia w Killarney

Takie duże jezioro. Huron.

poniedziałek, 30 maja 2011

Manitoulin

Pierwszy raz byłam tam z moją mamą, w 2008 roku. Tym razem wybraliśmy się z Marcinem. Miał dołączyć kolega, ale zrezygnował. We dwoje więc zwiedzaliśmy wyspę na której mieszka Wielki Manitou. Odwiedziliśmy świetne centrum indiańskie w M’Chigeengu, poświęcone kulturze Odżibwejów (proszę tu link po polsku, na specjalne życzenie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Od%C5%BCibwejowie ), zobaczylśimy bardzo stromy kawałek skarpy Niagary, spaliśmy na jeziorem Manitou i podglądaliśmy kolibry. Fajnie było.

Manitoulin to największa wyspa słodkowodna na świecie, na której są jeziora, a na tych jeziorach wyspy, np Treasure Island na jeziorze Mindemoya, która to wyspa jest największą wyspą na jeziorze które leży na wyspie która jest największą wyspą na jeziorze :) (Huron, tym razem).

Mieliśmy nadzieję, że zobaczymy największe na świecie: łapacz snów, fajkę pokoju i tipi ale rezewat indiański, który oferował te wyjątkowe atrakcje jeszcze nie rozpoczął działaności turystycznej. Według Indian, Victoria's Day (w tym roku 23 maja) to wciąż zima i pomna późniejszych doświadczeń uważam, że mają rację. Ale o tym w kolejnym odcinku.

Zwiedzaliśmy latarnie i jedliśmy dobre jedzenie w czymś, co wyglądało jak okrąglak, spotkalismy sympatyczną dziewczynę imieniem Elena, która podróżowała po Australii i Nowej Zelandii ale stwierdziła, że na Manitoulinie jest ładniej. Wróciła i prowadzi sklep ze zdrową żywnością i alkoholem :)  Poznaliśmy historię Fordów i Dodge'ów którzy mieli tam swoje posiadości, zachwyciliśmy się tęczą nad Little Current i wrócilismy na stały ląd. W deszczu, aby rozpocząc przedostatni etap wycieczki...


Okrąglak

kemping :)

wodospad w Kagawongu
Skarpa Niagary. W oddali zatoka Georgian Bay na jeziorze Huron.

niedziela, 29 maja 2011

Piękne miasto Sudbury

Tak piękne jak nasz Górny Śląsk. Leży na granicy "bliskiej północy", takiej do której można dotrzeć samochodem czy pociagiem. Miasto powstało podczas budowy kolei, nastepnie jego rozwój spowodowny był powstaniem kopalń i masową wycinką drzew.

Geologicznie uznaje się, że miasto i okolice leżą na obszarze rozległego, bardzo starego krateru, który powstał po uderzeniu meteorytu. Stąd duże złoża niklu i miedzi oraz innych metali. Miasto jest ciekawym (choć wciąż paskudnym) przykładem wpływu człowieka na środowisko. Początkowo wydobywanie rud  i pozyskiwanie surowców nie podlegało żadnym ograniczeniom. Podobno wygladało to tak, że wycinano drzewa na powierzchni wielkości boiska do futbolu, nastepnie układano warstawami ścięte drewno i wydobytą rudę i podpalano. Taka kanadyjska forma hutnictwa. Z toksycznego dymu powstały kwaśne deszcze, które zabiły te fragmenty lasu, których nie udało sie wyciąć. Masową wycinkę prowadzono między innymi na potrzeby odbudwania Chicago, po pożarze w 1871 r.

Krajobraz był tak księżycowy, że w latach 70 XX w.  NASA dwukrotnie wysyłała tu swoich ekspertów w ramach programu kosmicznego.

Przełomem okazało się wybudowanie w 1972 r.  380-metrowego komina który wyrzuca większość trujących substancji w promieniu 240 km. Tym samym uratowano trochę samo miasto, ale  zniszczono życie w jeziorach znajdujących się w okolicy.

W latach 90 wprowadzono technologię, dzięki której 90 % siarki z trujących wyziewów zostaje odzyskana. Rosną na nowo zasadzone drzewa, zieleni się trawa. Tylko skały wciąż są czarne, od brudu.

Ciekawa jest społeczność żyjąca w mieście. Sudbury jest dwujęzyczne, francuskojęzyczni Kanadyjczycy stanową spory procent mieszkańców (tak jest w całym północnym Ontario). Poza frankofonami jest też mniejszość fińska (Finowe przyjezdzali do pracy w koplaniach), włoska (byliśmy w naprawde dobrej włoskiej knajpie!), polska - ci z kolei mają tu  związek zawodowy Solidarność oraz ukraińska. Ukraińcy organizują jesienią Festiwal Czosnku, marzeniem Marcina jest wziąć w nim udział :) Dookoła miasto otoczone jest rezewatami indiańskimi.

Do atrakcji miasta należą: najwieksza na świecie 5-centówka kanadyjska (Big Nickel) przy muzeum Ziemi Dynamic Earth, centrum nauki Science North z  wystawą o podziemnym laboratorium  SNOLab, galeria sztuki (nic ciekawego), muzeum kolejnictwa (wciąż było nieczynne), i wodospady w Onapingu Bardzo ładne, jedynie trzeba uważać jak skały są mokre żeby nie upaść, tak jak mi się to zdarzyło.

Spędziliśmy w Sudbury 4 dni. Oprócz Śląska do głowy przychodzi mi jeszcze Radom. To tak jakby spędzić 4 dni w Radomiu.

Wielka 5-centówka

Piękne miasto Sudbury. Czarne skały i komin.

A tu się zgubiłam

Wodospady na rzecze Onaping. Namalowane przez słynnego (!) A.Y. Jacksona. Obraz skardziono, pozostała jedynie inspiracja.

środa, 18 maja 2011

ottawa valley

Z Kingston do Sudbury można dotrzeć jadąc albo nudną autostradą do Toronto i później kolejną nudną autostradą na północ (628 km, 7 godz i 24 min) albo można wybrać drogę bez autostrad (577 km, wg googla 8 godz i 34 min.). Czyli w cholerę daleko, za to ciekawie.

Warto wyjechać wcześnie. Nie zrażać się tym, że deszcz i zimno. Na północ prowadzi droga nr 41, przez miejscowość Kaladar, granicą parku Bon Echo i brzegiem jeziora Mazinaw. Przejeżdżamy most na rzece Madawaska, mijamy miejscowość o znajomo brzmiącej nazwie Khartum i docieramy do Eganville, sennego miasteczka nad rzeką Bonnechere. Tam zatrzymujemy się w restauracji, ślicznie położonej nad samą rzeką, z tarasem widokowym na młyn i zaporę. No chyba że pada. Jeśli pada udajemy się do restauracji po drugiej stronie drogi, czyli do shnitzel house. Nie wstępujemy broń Boże do restaurację rodzinnej, w której serwują pieczone kurczaki, gdyż jedzenie tam podawane nie jest najlepszej jakości. Potem ruszamy dalej, aż do Pembroke, gdzie skręcamy na zachód, w drogę nr 17 oznaczoną jako trans-canada highway. Że niby się ciągnie przez cały kraj. No tak, ale często jest to równolegle kilka dróg, więc nie bardzo wiadomo, która to  ta prawdziwa. Ignorujemy skręt na Barry's Bay, do kanadyjskich Kaszub, z tak swojsko brzmiącymi nazwami miejscowości jak Wilno i Syberia. Muszą poczekać na nastepną wycieczkę, teraz nie ma czasu, teraz jedziemy na północ (i zachód).

Mijamy rzekę i miejscowość Petawawa, jesteśmy już w samej dolinie Ottawy. Docieramy do największej atrakcji wycieczki, czyli milkshake w Deep River. Oh. Mówię wam. Ten milkshake to jest kwintenencja wszytkich milkshake'ów świata. Słodki (ale nie za bardzo), pyszny, puszysty, zimny, pełen kawałków czekolady (jeśli chcecie, może być też wiśniowy, albo o smaku czereśniowego sernika, albo rumowy, albo... no jaki tylko wam się zamarzy). To wszystko dzięki działającej od lat 40 XXw.  mleczarni Laurentian View Diary. Mniam! Do wieczora można już nie jeść nic.

Droga prowadzi obok poligonów, baz wojskowych i innych obiektów militranych. W latach 50 XX w. w Chalk River  Kanadyjczycy stworzyli atomowe laboratorium, później w poblskim Roplhton wybudowali prototypową elektrownię atomową , w której zastosowano technologię CANDU. Elektrownia już nie działa, nie można jej jednak zwiedzić, co więcej nie można jej nawet zobaczyć. Jest dobrze ukryta, w zakolu rzeki, vis a vis rezerwatu przyrody. Pamiątkowa tablica ustyuowana jest w miejscu, z którego widać tamę i elektrownię wodną wybudowaną w latach 50 w miejscowości Rapides des Joachims. W ogóle to bardzo interesujący portal do Quebecu, niespodziewany, nagle orientujesz sie, że wszytko jest po francusku, że wzięli cię z zaskoczenia. Miejsce jest ciekawe również dla tych co lubią adrenalinę i spływy rzekami, te tutaj płyną po stromych zboczach wzgórz Lauretaniańskich. Choć infrastruktura turystyczna wygląda raczej na biedną i zapomnianą.

Następny przystanek to miasteczko Matawa, w miejscu gdzie rzeka Matawa wpada do Ottawy. Kiedyś ważny ośrodek handlu z Indianami, później ośrodek intesywnej wycinki drewna. W celu upamętnienia miasteczko (2 500 mieszkańców) ozdabiają  ogromne, kilkumetrowe rzeźby drwali, rozstawione co kilkanaście kroków. Oczywiście jest linia kolejowa. Jak prawie każde miasto w Kanadzie, Matawa  rozwój swój zawdzięcza kolei.

Droga prowadzi dalej wzdłuż północnych granic parku Algonquin. Punkty stratowe dla spływów na canoe to Brent i Kiosk. Warto też wspomnieć o Samuelu de Champlain który dzięki pomocy Indian z plemienia Algonquinów jako pierwszy europejczyk dotarł na te tereny.

Później już tylko nudne North Bay, nad ogromnym jeziorem Nippising (Marcin mówi też, że nishitting), jeszcze kolejne 130 km i docieramy do Sudbury, znanego ze swej brzydoty (za Lonley Planet). Ominęliśmy po drodze kilka atrakcji, m.in. jaskinie i wioskę pionerską, wszystko zamknięte, sezon turystyczny zaczyna się od urodzin królowej Wiktorii, to w następny poniedziałek, 23 maja. Droga z przystankami, spacermi i wycieczką do Kiosku zajęła nam 11 godzin. Zdjęć nie ma, bo nie naładowałam baterii w aparacie więc tym razem jesteście uratowani :) W kolejnym odcinku: Sudbury i okolice.

niedziela, 15 maja 2011

Johnny i Ryba

Arizona Dream, obejrzałam ponownie, po wielu wielu latach (chyba piętnastu). Najważniejszy (?) mój film licealny. Do spółki z serialem Przystanek Alaska. Fajne uczucie, przypomnieć sobie co też myślałam wtedy o świecie. Moze i niezbyt mądre były to mysli, ale za to takie rrrrromantyczne. No i Depp, z czasów świetności,  zanim stoczył się jako pijany pirat. Wiem, że moje koleżanki też tęsknią za tym młodym Johnnym... ehhhh ;)




 A że motyw ryby pojawia się ostatnio często (np w filmie Bjutiful o którym pisałam wcześniej) to parę zdań z Kopalińskiego na jej temat. Najlepsze, że interpretacje wykluczają się wzajemnie :)

Ryba jest symbolem początku, słońca, morza, pełni; życia, nieśmiertelności, zmartwychwstania; śmierci; zbawienia, wiary, ofiary, Chrystusa, Matki Boskiej, chrztu, eucharystii; wolności, obfitości; płodności, płciowości, żeńskości, fallusa, rozwiązłości; czystości, obojętności płciowej; mądrości, wiedzy, pożywienia dla mózgu; głupoty, szaleństwa; zła, zniszczenia; chciwości, niezdarności.

Ryba, jako praistota, była w była w wielu religiach bogiem; zarazem, jako symbol swego środowiska, wody, a więc jej chaotyczności, uważana była za zwierzę nieczyste (...)

Ryba — życie, płodność (miliony jajeczek składanej przez nią ikry); płodność twórcza, duchowa. W Indiach, Egipcie, Babilonii, Etrurii niezliczone talizmany w kształcie ryby, mające przynosić obfitość, szczęście rodzinne, zdrowie i płodność właścicielowi. Ryba występuje powszechnie jako potrawa na uczcie weselnej, co ma wpływać dodatnio na potomstwo małżonków (...)

W astrologii ostatni, piekielny znak zodiaku, Ryby (Pisces), symbolizuje świat wewnętrzny, mroczny, który łączyć nas może z Bogiem albo z Szatanem; życie tajemne, milczenie i cierpliwość, upodobanie w naukach hermetycznych; wyobraźnię i intuicję, (...) w horoskopach charakteryzuje natury wrażliwe, podatne, chwiejne; łączy się z planetą Jowisz.

Za "Słownikiem symboli" Wł. Kopalińskiego wyd. 1990 r.