sobota, 14 maja 2011

CSI: Kingston

10.05.  wtorek.

g.6.50 - idę na joge. Ulica Sydenham przy której mieszkamy zamknieta, od Queen do Princess. Blokada policyjna. Taśmy, policjanci, radiowozy.

g. 11.00 - dzwonek do drzwi. Otwieram, przede mną stoi kobieta. Z psem. Pyta czy mam telefon do Paula (właściciela mieszkania). Mówię, że nie, ale że mogę sie dowiedzieć i czy coś się stało. Tak, Izaak miał wypadek. Izaak (przez Marcina nazywany uparcie Aaronem) pracował z Paulem przy remocnie domu. No i ta dziewczyna mówi, że jest koleżanką siostry wspólokatorki Izaaka i że on nie da rady przyjść do pracy. Dziewczyna nie może powiedzieć dokładnie co się stało.

g.16.00 - Paul do nas nie przyszedł, ani nie zadzwonił, choć byliśmy umówieni. Samochód Izaaka stoi zaparkowany przed domem, w miejscu gdzie jest zakaz parkowania. Policji wciąż sporo w okolicy, wypytują o tę furgonetkę Izaaka, blokada zdjęta, ale samochody policyjne kręcą się w okolicy.

Własciciel mieszkania nie pojawił się u nas do dziś. Z  prasy lokalnej dowiedzieliśmy się, że w nocy z poniedziałku na wtorek prawdopodobie była jakaś bójka, jeden nie żyje, drugi jest ciężko ranny i leży w szpitalu (to nasz Izaak prawdopodobnie). Policja bardzo oszczędnie udziela informacji. Śledztwo trwa.

Miejsce zbrodni. Kiedyś była tu restauracja wegetariańska. 

piątek, 13 maja 2011

Cataraqui Canoe Club

To było we wtorek. Sprzątałam, bo mieli przyjść właściciele mieszkania. Ale nie przyszli, a o tym dlaczego nie przyszli będzie kolejna notka. No więc zupełnie niepotrzebnie wymyłam kibel i podłogi. A później poszliśmy na lekcje pływania na canoe. Wiało jak cholera. Miałam nadzieje, że Ed który prowadzi kurs nie pozwoli nam pływać w takich warunkach. Ale gdzie tam. W końcu Ed jest emerytowanym  nauczycielem fizyki, uczył w collegu wojskowym (plaga fizyków!). I w dodatku jest Polakiem. Z tym że narodowość nie ma tu raczej nic do rzeczy, chodzi o krzepę.  Myslałam, że wykopyrtniemy z łódki wprost do rzeki*. Właściwie to miałam plan taki, że nauczę się sterować canoe, ale wiatr mnie przeraził i sterował Marcin a ja dostarczałam pałeru poprzez wykonywanie tzw "power stroke".

Za to we czwartek sytuacja zmieniła się diametralnie bo a) Marcin był w kopalni, 600 km na północ i 2 km pod ziemią, b) nie wiało. I musiałam iść sama. A sama to się boję. I byłam trochę zła, że sama. Poszłam jednak bo Ed to jest gość, nie mogłam nie iść. Spotkałam koleżankę o wdzięcznym imieniu Heavenly, której chłopak również nie dotarł na zajęcia i tak stworzyłyśmy parę. Muszę przyznać, że Ed nie miał do mnie cierpliwości, Heavenly jakoś lepiej radziła sobie ze sterowaniem :) Ale będę ćwiczyć dalej, tym razem już w Killarney. Nie poddam się!


W łodziowni. Ed w czerwonym kapelutku.

Rzeka Cataraqui w stronę jeziora. W oddali zwodzony most

W górę rzeki



* Bezpieczeństwo: tak, mieliśmy na sobie kapoki. oraz zestaw ratunkowy z gwizdkiem i linką.

czwartek, 12 maja 2011

paciaja

Kolejne ćwiczenie z Veganomicon: The ultimate vegan cookbook: Ugotowałam paciaje (ciapaje) z ryżu, czerwonej soczewicy i skarmelizowanej cebuli. Podałam z podpieczoną w piekarniku  pitą, obsypaną przyprawami. Było dobre. A teraz całe mieszkanie jedzie cebulą. Na kilometr.

poniedziałek, 9 maja 2011

a jak ci sie żyje w kanadzie?

Podczas ostatniej wizyty u Mai i Kuby w Toronto (dawno temu to było, przed Wielkanocą) wywiązała się dyskusja na temat tego, czy planujemy zostać w Kanadzie na stałe. Dyskusja to może za wiele powiedziane, głównie mówił Kuba :) przekonując dlaczego warto zostać. Maja niewiele mówiła, ale na koniec wręczyła nam ten oto film:   http://www.youtube.com/watch?v=refmdRuvZY8 
Dokument, 60 min, wyprodukowany w 1999 r. Cudo. Cukiereczek. Z syropu klonowego. (Serio, serio, spójrzcie do linku, warto!)

Oglądaliśmy, nie odmawiając sobie złośliwych komentarzy, a to że jak pokazują foki to nie pokazują polowań na nie, albo są prerie ale roponośnych piasków Alberty i szkód w środowisku związanych z wydobywaniem ropy to nie pokazali. Nie było słowa o topniejących lodach Arktyki. Albo jest i Toronto i Vancouver ale nie ma bezdomnych (to już zarzut bardziej w konwencji propagandy PRL). Są tańce indiańskie podczas pow-wow ale o szkołach dla rdzennej ludności, za które jakiś czas temu przepraszał premier Harper ani słowa.

I tak się złożyło, że niedługi czas później obejrzeliśmy genialną odtrutkę (i w ogóle genialny film) My Winnipeg Guy'a Maddina. Tutaj artykuł na temat reżysera:
http://www.charaktery.eu/do_poczytania/1449/Kino-Guya-Maddina/1/

Tak, wiem, wiem. Jestem strasznie opóźniona, w 2009 r. był przegląd jego filmów na festiwalu we Wrocławiu.

Ale te dwa filmy dobrze się uzupełniają i dają częściową przynajmniej odpowiedź na pytanie jak się tu żyje. No właśnie różnie bardzo. Czyli tak samo jak gdzie indziej :)

Oba filmy bardzo polecam.

PS. Czasem pada trochę inne pytanie, czyli jak mi się żyje w małżeństwie. To odpowiadam zgodnie z prawdą, że dobrze. Postanowiałam również zapytać o to samo Marcina. Odpowiedział, że dobrze ale też, że nie miał zbyt wysokich oczekiwań. Aha.

czwartek, 5 maja 2011

święto fotografii otworkowej

W niedzielę,1 maja w galerii w Yarkerze Andrzej z Anią zorganizowali warsztat fotografii otworkowej. Bardzo chciałam zobaczyć o co chodzi z tą fotografią otworkową ale trochę się wahałam, no bo warsztat prowadził Andrzej a on jest tym, no, artystą, prawdziwym, niepodrabianym.Tu dowód: http://klotzekstudio.com/

Wydawało mi się, że trzeba trochę wiedzieć na czym polega robienie zdjęć lub mieć choć minimalny talent. Poza tym warsztat to brzmi dumnie. Ale na szczęście nic z tych rzeczy! Wystarczy pudełko z malutką dziurką, zaopatrzone w światłoczuły papier i już. Zabawa na całego. Niebo było szare, ale nie padało. Łaziliśmy po wsi stawiając pudełka w dziwnych miejscach, miejscowi dyskretnie się nam przyglądali, Andrzej wywoływał fotki, później zmęczeni pracą tfurczą wypiliśmy skrzynkę wina owocowego, które przywiozła Amy z Brucem.Bardzo udany dzień.

A oto prace z niedzielnego pleneru otworkowego:


pierwsze zdjęcie Marcina

drugie zdjęcie Marcina


żonkile z ogródka Ani
pudełko stało krzywo

wodospad w Yarkerze
a tu poruszaliśmy się zbyt szybko. i choć byliśmy na huśtawce, to jednak nas tam nie ma.

Warsztaty były częścią światowego dnia fotografii otworkowej:
http://www.pinholeday.org/

środa, 4 maja 2011

torysi trzymają się mocno

Nie planowałam notek politycznych, ale w poniedziałek odbyły się wybory federalne i rezultaty okazały się na tyle ciekawe, że  postanowiłam napisać parę zdań.

Tym razem zwyciężyli konserwatyści, klęskę poniesli liberałowie, którzy utracili większość swoich dotychczasowych miejsc w parlamencie na rzecz nowych demokratów. Z kretesem przegrał blok kebecki a partia zielonych zdobyła jeden mandat. Do parlamentu dostało się sporo (jak na Kanadę) kobiet (76 na 306 miejsc), głownie z list nowych demokratów. Również weszło sporo młodzieży, w tym studiującej (!) także z NDP, głownie z Quebecu.

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że mandat poselski z ramienia partii konserwatywnej zdobył Władysław Lizoń. Pierwszy raz w historii, do kanadyjskiego parlamentu dostała się osoba urodzona w Polsce (w Nowym Sączu! ha!). Tu więcej o parlamentarzystach ze środowiska Polonii (po polsku):
http://www.gazetagazeta.com/artman/publish/article_30561.shtml 
http://www.gazetagazeta.com/artman/publish/article_30445.shtml

I teraz tak: myślę, że to bardzo dobrze, że właśnie Władysław Lizoń zdobył zaufanie wyborców, jednak trudno mi skomentować całościowy, duży sukces partii konserwatywnej. Zbyt mało wiem o tutejszej polityce i problemach. Natomiast moi "kanadyjscy" znajomi uważają konserwatystów za samo zło, są zwolennikami partii zielonych lub liberałow, czasem nowych demokratów. A patrząc na wyniki wyborów (no oprócz wyniku demokratów) to partia zielonych zdobyła 1 mandat i to dla liderki, liberałowe przegrali, czyli jest trochę jak w Polsce: poparcie dla PISu wśród moich przyjaciół i znajomych uważane jest za obciach ale wyniki wyborów i sondaży wskazują że KTOŚ (i to calkiem spora część społeczeństwa) na tę partię głosuję. To znaczy, że albo ja nie znam tej "innej" Polski, albo ci którzy głosują, oficjalnie się do tego nie przyznają.

Wniosek z tego, że znów żyję w społecznym getcie. Można by je określić jako przesympatyczne getto artystyczno-lewicująco-hipsterskie :) 

Tu więcej informacji o wyborach dla zainteresowanych, na przykład politologów:

http://www.gazetagazeta.com/artman/publish/article_30667.shtml
http://www.theglobeandmail.com/places/
http://www.thestar.com/federalelection

niedziela, 1 maja 2011

Książki najgorsze Kevina Callana

W połowie maja planujemy wypad na canoe w bardziej północne rejony Ontario, w okolice Killarney Park i French River. Do wycieczki trzeba się przygotować, w parkach jest taka polityka, że należy z wyprzedzeniem rezerwować miejsca kempingowe, co jest uciążliwe, ale za to podczas noclegu jest się samemu, w jakimś pięknym i całkiem odludnym miejscu. Tylko misie i łosie zaglądają do namiotu :)

Trasy planujemy zazwyczaj z pomocą wybitnego autora przewodników po Ontario, Kevina Callana. Facet jest niesamowity, świetnie opisuje trasy, ale okrasza te opisy osobistymi wzmiankami i wynurzeniami. Na przykład o tym, jak zaczęła się jego przygoda z canoe. Że podczas wycieczki, z przyjaciółmi ze szkoły średniej do Parku Algonquin, zaprosił do swojego canoe dziewczynę, która bardzo mu się podobała. Ona, oczywiście odmówiła i wtedy nastoletni Kevin, wściekły i obrażony po raz pierwszy popłynął na samotną wyprawę. Kontyynuuje te wspomnienia opisując, jak wybrał się w inną trasę jedynie z przyjacielem, gdyż reszta grupy była zajęta poznawnieniem dziewczyn z sąsiedniego pola namiotowego. On natomiast wiedział, że nie ma najmniejszych szans wśród płci przeciwnej.Jednakże, z biegiem czasu udało się Kevinowi poznać kobietę, która została jego żoną. O tym jak harmonijnie się im wiosłuje pisze tak:

"...Myślę że prawdą jest iż spotkanie idealnego partnera do canoe jest praktycznie niemożliwe. I prawdą jest też, że małżeństwa nie najlepiej radzą sobie w łodzi. Jednak  muszę przyznać, że my z Alaną stanowimy zgrany zespół. Nie wszystko jest idealne. Zdarzało się, że w środku rwącego nurtu  krzyczałem, że teraz w lewo a Alana kierowała łódź w prawo, i owszem, znikałem w lesie niby zbierając drewno na opał w chwili, gdy należało zmywać naczynia. Ale w większości przypadków bardzo dobrze wychodzi nam komunikacja w stersujących sytuacjach i dzielimy się kepmingowymi obowiązkami po równo. Oczywiście, aby docenić jak dobrze nam ze sobą, musieliśmy oboje odbyć jedną lub dwie beznadziejne wyprawy z innymi partnerami, z którymi współpraca nie przebiegała tak gładko..." (z Ontario's lost canoe routes).

W innym miejscu podaje warunki, jakie powinni spełniać idealni współtowarzysze spływów. Otoż z miejsca odrzucani są ci, którzy myślą głównie o zapakowaniu puszek z piwem (ciekawe, to kryteria zupełnie przeciwne do naszych).

Opisywał również, jak ktoregoś roku zmuszony był podjąć uczciwą, zarobkową pracę w mieście, która pozwoliłaby mu spłacić długi. Dla Kevina najważniejszym punktem dnia był moment, gdy udawał się do automatu z kawą. Nie, nie dla kawy ale dla widoku z okna - przy automacie było jedyne okno w biurze. Kevin zmuszony był wysłuchiwac żartów kolegów, że uzależnił się od kofeiny...

W przewodniku po Killarney Kevin opisał wydarzenie z dzieciństwa, które zainspirowało go do pisania przewodników i dzielenia się z innymi swoją wiedzą. Otóż, gdy był małym chłopcem, miał ulubione, sekretne miejsce, strumień, w którym łowił pstrągi. Następne chwalił się swoimi zdobyczami innym chłopcom w szkole. Aż pewnego dnia, poprzez swoje nieopanowane gadulstwo zdradził największemu rywalowi, Tommiemu Bakerowi gdzie znajduje się to tajemnicze miejsce (przy okazji dodaje, że prawdziwe imię Tommiego to Lloyd i że przebywa on aktualnie w najsurowszym więzieniu w Kingston). I oto stało się najgorsze: w następną sobotę Tommy udał się w sekretne miejsce, z ogromną wędką i tym samym zepsuł Kevinowi całą radość z bycia jedynym, który znał tajemnicę. Ale, co ciekawe, po latach, gdy okazało się, że najlepsze na świecie miejsce do łowienia pstrągów zostało rozjechane przez ogromne samochody, wybudowano tam domki letniskowe i drogę, Kevin zrozumiał, że receptą jest zaproszenie jak najwięcej ludzi i pokazanie piękna dzikiej przyrody, że tylko to może ją uratować przed całkowitą zagładą. Że gdyby, zamiast utrzymywać miejsce w sekrecie, podzielił się z Tommym swoją wiedzą i zaprosił go do wspólnego łowienia ryb, wydarzenia mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej.

Osobiście uważam, że Kevin Callan to dobro narodowe Kanady i powinien podlegac ochronie gatunkowej. Dla zainteresowanych: zapraszam na stronę Kevina: happy camper.

Korzystałam z następujących książek Kevina: Killarney and French River, A Paddlers Guide to Algonquin Park, Ontario's Lost Canoe Routes oraz Further Up the Creek - a Paddler's Guide to the Rivers of Ontario and Quebec.